Antologia poezji słowiańskiej cz. 1

Wątki i motywy słowiańskiej mitologii i demonologii pojawiają się w twórczości poetów i pisarzy wielu różnych epok. Tym wpisem zaczynamy cykl, w którym będziemy publikować wiersze nawiązujące w jakiś sposób do mitologii Słowian. Na początek utwory polskich poetów (albo przekłady na polski).

Spis treści

Jakub Bart-Čisinski, Wineta

Danuta Błaszak, Wiersz leśnej boginki

Johannes Bobrowski, Wodnica; Chrzest Peruna Kijów 988

Maksim Bohdanowicz, Słyszycie poszum? – Leśny duch smętny; Jezioro; Nad jeziorem; Wodnik; Król wężów; Puchacz; Leśnik; Starość; Król wężów; Srebrne żmije; Rusałka

Władysław Broniewski, Marzanna; Perun

Józef Bujnowski, Opowieść o Bałtyku

Wacław T. Chabrowski, Światowid

Wielemir Chlebnikow, Wila i bies

Aleksander Chodźko, Upiór

Wanda Chotomska, Baba Jaga

Maria Czerkawska, Ścieżka

Cyprian Czernik, Wił

Tytus Czyżewski, Wiosna

Ryszard Danecki, Hymn do Swaroga

Felicjan Faleński, Koń Swantewita

Józef Fert, Południca

Jan Fudala, Zaprzęg płanetnika

Leszek Goliński, Swantewit

Sergiusz Gorodecki, Przodkowie; Jariła

Kazimierz Graczyk, Śmierć baby jagi

Kazimierz Grześkowiak, W południe

Jerzy Harasymowicz, Dziwożony

Kazimiera Iłłakowiczówna, Sądy Światowida; Swarożyc i dziewczyna; Piosenka o ubożęciu; Święty Ostrów; Tęsknota Swarożyca;

Stanisława Juraszek, Świycurka zły duch

Mato Kosyk, Modlitwa Serbów przed bitwą z Geronem

Joanna Kulmowa, Ballada o płanetniku

Janka Kupała, Czarny bóg; Chochlik

Antoni Lange, Na Świtezi

Michał Lermontow, Rusałka

Bolesław Leśmian, Dziwożona

Antun Gustav Matosz, Zmora

Dorota Myko, Bobo

Cyprian Kamil Norwid, Rusałka

Hanka Nowobielska, Boginkowe dziecko

Władysław Orkan, Upiór

Bronisława Ostrowska, Rusałki; Upiór; Dziewanna; Zmora

Jan Bolesław Ożóg, Fiołek; Jarowit; Perun; Wampir; Zmierzch

Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Nieco o domowiku

France Prešeren, Wodnik

Kazimierz Przerwa-Tetmajer, Rusałki

Aleksander Puszkin, Rusałka; Biesy

Andreana Radi Radewa, Dziwożona

Lucjan Rydel, Pieśń topielców

Ljubomir Simović, Modlitwa do świętego Nestora, który ubił strzygę, a z niej się wyległy myszy, jaszczurki, węże i inne plagi

Bolesław Soliński, Światowid

Bogdan Suski, Płanetnik

Józef Szujski, Miawki

Aco Šopov, Zmora

Teresa Truszkowska, Marzanna

Julian Tuwim, Z Uroczyszcz; Bylina; Perun; Igrzysko; Klechda; Zaślubiny; Pieśń dożynkowa; Epos; Wanda

Maryla Wolska, Święto słońca

Płaton Worońko, Jestem tym, co mosty rwał…

Andrzej Zaniewski, Światowid

Kazimiera Zawistowska, Lato

Emil Zegadłowicz, Marzanna; O wodniku i nieoczywistej

 

Jakub Bart-Čisinski

Wineta

Wrzeszczą tłumy, zgiełk otula
Gród Winetę, morski gród,
Niemców wódz do ślubu wiódł
Córkę łużyckiego króla:
Cały gród na ślubie hula.

W gaj, Słowianom ongi święty,
Stary kapłan Witosz wbiegł,
Co pogańskiej wiary strzegł,
I wzburzony, i przejęty
Wykrzykuje te lamenty:

„Biada mi, okrutna biada!
Kapłan Rugii, chodzę sam,
Strach i płacz za braci mam!
W sercu jeno jad i zdrada,
W morzu śmierć się czai blada.

Biada ci, Wineto, która
Pogardziwszy głosem bóstw
Wleczesz prosto w grób swój wóz!
Twych występków rośnie góra,
Zemsta zbliża się ponura.

Nowe grzechy z nową wiarą
Pomnożyły liczbę szkód,
Żrą do kości serbski lud
I poczciwość niszczą starą:
Zemsta chluśnie pełną miarą.

Nieśli z krzyżem wieść żywota,
Który Serbów dźwignie wzwyż.
Aleć niegodziwy krzyż
Cały gród w plugastwo mota,
A wynikła zeń sromota!

W sądnej widzę was godzinie!
Z nieba siecze rózeg pęk,
W grodzie słyszę ludzki jęk.
Plemię dumne, ślad twój zginie,
Ciężki kres cię nie ominie!

Ja, nieszczęsny, Światowidzie,
Raz ostatni tobie cześć
Od Winety śpieszę nieść!
Słyszę, jak ku tej ohydzie
Kipiel śmiercią na brzeg idzie…”

Już na ląd, jak ku zdobyczy,
Żywioł czyni wściekły skok,
Syk oparów, ślepy mrok.
Wicher, niebo, morze ryczy,
Piekło zrywa się ze smyczy.

Wyszła kipiel z mrocznej głębi
Na Winetę, morski gród,
Wicher smagał ją i wiódł.
Otchłań czerni się a kłębi,
Rwie, grzmi, kruszy, grzebie w głębi.

Płacz i wrzask, i klątwa wzlata,
Zgiełk złowieszczy!… Potem zmierzch,
Martwa cisza, hałas pierzchł,
Dzikie włosy morze splata
I Wineta znikła z świata.

Kiedy siądziesz sam u brzega,
Z trwogą widzisz w głębi wód
Gród Winetę, smutny gród,
Z morza groźny jęk dobiega…
Mewa płacze i ostrzega.

przeł. Robert Stiller

Danuta Błaszak

Wiersz leśnej boginki

wczepiona w promień słońca
wędrowałam
okrążałam wierzchołki ciemnych świerków
ósemki piruety
to już tak dawno
byłam leśną boginką
czy już może jutrzenką nie pamiętam
w cieple mojej skóry topniały śniegi i lodowce
przecież nawet
najtwardszy sopel
znalazł dla mnie kilka kropli

wczepiona w promień słońca wędrowałam
prędkość światła
dawała nieśmiertelność

światło parzy dłonie
wyślizguje się promień
odpadłam w spokojną starość
jakże cicho
powolniała przestrzeń

umyka światło
powolność jest jak marzenie
o puchowej pierzynie
jeszcze ciepłe
jak ziemia o zmierzchu

(źródło: Poezja polska. Antologia Tysiąclecia III , s. 161)

Johannes Bobrowski

Wodnica

Z cienia jej
wzwyż
niewymówiona mowa,
z liści
ramię wygięte.

Wkraczasz na most
Unosisz kwiat nad usta.
Chronisz się u wieży.
Odrzucasz sprężysty żwir.

Nie mam ognia.
Ptaki usnęły w słomie.
W dachu żyją słyszalnie
skrzydła i wołanie żeru.

Oddechu,
nieś mnie.
Ciemności,
gadaj z rękami.

Szum wody wbudowuje gniazda
w opierzoną ciszę.
Domy podwodne
mają otwarte drzwi
i okna, wystają
kamienne schody.

Chrzest Peruna. Kijów 988

Strąćcie z pagórki w wody Dniepru
tego drewnianego boga
latającego w błyskawicach,
o chytrym i zezowatym,
a zatem złym obliczu,
przywiążcie go do końskiego
ogona i niech tonie w kurzu,
powiedział Włodzimierz.
Więc przyszli
z żelaznymi drągami ludzie,
przyszło dwunastu ludzi Włodzimierza,
zwalili boga, a on nie krzyczał,
i wrzucili go do rzeki.

Płyń, władyko ognia.
I płynął.
Lecz nim odpłynął
odrzucił z gniewem kostur
na drewniany most. Przerazili się
obcy mnisi z długimi włosami.
Włodzimierz stoi na moście,0
widzi biegnących biedaków,
dzieci zbiegające z grobli.
Wyjdź z tej wody, krzyczeli.
Wyjdź na twój brzeg Gromowładny,
wołali mężczyźni.
Dosiądź ten kraj jak konia.

Rzeka wciśnięta między brzegi
przez porohy przemyka Perun.
Potem, kiedy się nurt rzeki rozwiera
i pagóry ciągną w dal ku borom
w dzikim gąszczu, jawi się wiatr
spychając na mieliznę
płaczące zezowate oblicze.
Tam,
ognisty pozostał.
W mrokach,
za porohami Dniepru
podniósł się gromowładny
o nowym imieniu, Eliasz,
wysyłał burze, błyskawice,
złapał drewno, nadepnął na kostur,
jakby chciał wzniecić
ogień.

Odtąd na moście
trwa wieczny spór. Biedacy
słyszą go mówiącego
w dźwięcznym drewnie.
Walczcie, powiada bóg,
walczcie, moje dzieci,
ja już nie wrócę.

Maksim Bohdanowicz (1891-1917)

Słyszycie poszum? – Leśny duch smętny

Słyszycie poszum? – Leśny duch smętny
Cicho zaczyna przygrywać:
Pod jego ręką, gdy smutkiem zdjęty,
Niby tysiące strun naciągniętych
Każda się sosna odzywa.

Czyż mówić, czemu ściemniała rzeka
I szmer przeleciał przez kłosy,
Na co w nich szeptem wietrzyk narzeka
I po liściach łoziny ścieka:
Łez krople czy zimnej rosy?

przeł. Jan Huszcza

Jezioro

Tu drzemały stare bory,
Wiódł duch leśny z nimi spory.
Wycięto bory – duch nie wróci,
Lecz ślad został z tamtej pory:
On swoje lustro tu porzucił.

Jak okno na świat nieznany,
Świeci zimne skroś tumany,
Odbija całe w sobie życie,
Czas przeszłości zapomniany
W głębinie ciemnej ma ukrycie.

przeł. Jan Huszcza

Nad jeziorem

Słońce cicho opadło za wzgórza;
Biały miesiąc zapłakany świeci,
Gdy coraz wiece.) gwiazd się wynurza,
Srebrne z jeziora wyciąga sieci.

W nich rusałki zaplątały włosy –
I rwą się i plączą srebrzyste nici;
Noc płynie nad ziemią, sieje rosy
Noc, szepcząca rusałkom: „Uśnijcie”.

przeł. Jan Huszcza

Wodnik

Siwowąsy, zgarbiony – lubię leżeć w trzcinie,
Latami się wygrzewać, na dnie sypiać rzeki.
Twarz cała w wodorostach niczym w pajęczynie,
Żółte piaski na piersiach, przymknięte powieki.

A nad wodą przy brzegach śni cicho osoka,
Zaś wierzbina zielona żali się i szumi,
Fale sennie się toczą, daleka ich droga –
I wszystko dookoła w odwiecznej zadumie.

przeł. Jan Huszcza

Król wężów

Ciemne niebo, granatowe
Światłem gwiazd się mieni,
W ciemnym niebie sierp księżyca
Jakby w aureoli…

Wypełzamy z ciasnych norek,
Spod mchu, spod kamieni,
Poszukując miejsc na zimę,
Pełzniemy powoli.

To przez pola, to przez lasy
Wiodą nasze dróżki!
Aż wczołgamy się do puszczy,
Ja na wszystkich czele.

Pobłyskują mej korony
Złote, ostre różki,
Ciemnym blaskiem roziskrzona
Łuska na mym ciele.

Podczas nocy nam przed niczym
Nie trzeba obrony:
Wyjdzie znachor – i wyścielę
Drogę płótnem białym.

Złoty więc uronię rożek
Dla niego z korony
I po płótnie będzie dalej
Pełznąć orszak cały.

przeł. Jan Huszcza

Puchacz

Krwią oczy nabiegły- I oto się niesie
Z wierzchołka jodły dĽwięk skargi i śmiechu.
I głos wędruje daleko po lesie,
Wśród pni przetacza się jego echo.

Pełen lęku czekasz końca nocy,
Zda się, że powstał duch leśnika –
Błyszczą w ciemności krwią nabiegłe oczy
I śmiech dziki wszystko przenika.

przeł. Jan Koprowski

Leśnik

Sosny, świerki i paprocie
Pośród mchu.
Słyszę – leśny duch kosmaty
Czuwa tu.

Do potężnej przypadł sosny.,
Do jej pnia.
I bór cały rozkołysał,
Aż do dna!

przeł. Jan Huszcza

Starość

Osiny płoną i kaliny,
Liście sypią się czerwone.
Pokłady żółte grząskiej gliny
Nikną, liśćmi otulone.

Zgarbiony leśny duch ponuro
Wlecze się przez puste drogi
Ze starą, poszarpana skórą
I złamanym w gąszczach rogiem.

W kałużach droga i rozmyte
Dżdżem ulewnym ślady czyjeś.
A błoto mlaska pod kopytem
I pełznącą straszy żmiję.

Brnie starowina przez mgły niskie,
Mokra sierść kudłata na nim
I lód jak ostre szkła odpryski
Nogi jego do krwi rani.

Ku rojstom śpieszy starowina,
Gdzie mchy miękkie ciepłem dyszą.
A tu – płacząca osiczyna,
Olch gałęzie się kołyszą.

przeł. Jan Huszcza

Król wężów

Mroczno. Mech. Sosny. Świerki. Kora.
Śmierć wnet u mnie się rozgości…
Rozpłomień się, wieczorna zorzo,
Mgliste rozjarz wysokości.

Straszno w tę ciemną noc w boleściach
Tak umierać. Stuk dzięcioła
Ponury w drzewo. Szumią trawy.
Pohukuje sowa. Woła.

Gdy umrę, to mi pierś przygniotą
Warstwą gliny. Wspiąć się trzeba,
Aby wysunąć z krzaków głowę,
Jeszcze ujrzeć trochę nieba.

Już toczy się korona z głowy,
W mchu sczerniałym legnie złota.
I przyjdzie kret, by ryć mogiłę,
W krzakach wiatr się rozchybota.

Rozbryzga miesiąc fale srebra,
Błysną rosy obfitością…
Rozpłomień się, wieczorna zorzo,
Mgliste rozjarz wysokości.

przeł. Jan Huszcza

Srebrne żmije

Srebrne różki z mgły wynurza
Pośród nieba księżyc młody;
Toń jeziora wodnik wzburza,
Rozchlastuje bryzgi wody.

Wyswobadza na igraszki
Z wirów żmije za żmijami:
Iskrząc mrok srebrnymi blaski,
Wypływają gromadami.

Będą całą noc migotać,
Łuską grzbietów jarzyć fale,
Będą wić się i trzepotać –
Do białego ranka szaleć.

Aż rozświeci się czerwońcem
Skroś rzednące mroki mgliste
I wypuści ranne słońce
Ku nim strzały pozłociste.

Znikną żmije za żmijami,
Młody księżyc umknie z cicha…
Ale długo nad toniami
Będzie wodnik po nich wzdychać.

przeł. Tadeusz Chrościelewski

Rusałka

Nudno tutaj w cichościach głębiny.
Na dnie czekam wiosennej godziny.

W wiosnę zaczną się pląsy – zabawy.
Włożę ubiór z zielonej murawy.

B Wyjrzę biała z nieznośnego mroku –
Zerknę: w lesie ślady ludzkich kroków;

Rzucę rzekę i puszczę się w pościg,
Błędne ognie, przydajcie jasności!

Wnet doścignę tamtych ludzi w borze,
Wzrok im zaćmię, zawrócę w bezdroże,

Gdzie zalega mrok i mgieł odmęty,
Gdzie zielony krzyż jodły rozpięty –

Tam ich wszystkich przywabię, zawiodę.
Pocieszajcież mnie! Dogodźcie młodej!

Zacałuję ich, zaniknę w ramionach…
Będą tłuc się, zacichać i konać.

Ja zaśmieję się w głos, rozchichoczę,
A nim puszczę – na śmierć załaskoczę.

Cudne igry, zabawa wspaniała!
I cudne wy też, śmiertelne ciała!

Lecz już bliska godzina świtania,
Wnet rozjarzą bór blaski zarania.

Pełna smutku, w rzekę się zanurzam,
Gorzko szlocham, piersiami toń wzburzam.

W górze tchnienie wiosny chmiel rozpina,
Tu zaś chłodno, cisza i głębina.

przeł. Tadeusz Chrościelewski

Władysław Broniewski

Marzanna

Skowronkowie, ptacy poranni,
Ktoże was w gnieździech przeląkł?
Czyli białe lica marzanny
Nad wiślaną bielą-topielą?

O świtaniu, za siwą wodą,
Świst a poświst w chmurze hula.
Dwaj wichrowie marzannę wiodą,
Mgli się bielą śmiertelna koszula.

Dokądże ją, dokąd wiedziecie?
Przecz jej włosy mgławe, rozwiane?
Ej, wichrowie, niechaj, wichr trzeci,
Wiodę z wami białą Marzannnę!

Zaśpiewajcie, ptacy niebiescy,
Dziś ostatnich śpiewań mi potrza.
O, wichrowie, weźcie mnie, weźcie!
Bieli. Śmierci. Marzanno – najsłodsza.

Perun

Burze chrypią a trąbią
W rogi kręcone chmur.
Wieje chojarów chorągwią
Zły rosochaty bór…

Niebo w świetlistej łunie,
Tętent jakowyś w górze.
To ty jedziesz, Perunie?
Ty to śmigasz na chmurze?

Błyski pociskasz przodem,
Drogi na przełaj wiadome,
Cztery wiatry, cztery źrebce młode,
Smagasz czerwonym gromem.

A popędzaj! A goń! A dogoń!
Kogo w chmurach deszczami gnasz!…
Z garści wydrę ci włócznię-ogień.
Noc ci z karku zedrę – twój płaszcz!

 

Józef Bujnowski

Opowieść o Bałtyku

Złotą strzałą piasków Hel wbił się w Bałtyk po bełt,
od Inflant aż popod Rugię pieni się brzeg Pomorza –
u miodopłynnych Elby i Wisły delt
burzy się morze.

Czy to Swantewid na koniu o grzywie bielszej mleka,
co gryzie wędzidła i krzesa iskry błyskawic?
Jakiż to wicher dyle Arkony zwleka?
Nieba, czy się ma palić?

Wiozą korsarskie korwety w skóry odzianych wikingów,
rwą się płótna pod wicher, słońce się krwawi i topi –
a woda – burzy się, kąsa bałwanów błękitną klingą,
gniewna czerwieni się w słońcu, zda się, najeźdźców zatopi.

Na burtach dębowych tratew wiosła kołyszą się śpiewnie,
barcie pachnące żywicą, pszenicy złote stągwie –
i pieśń flisacka o srebrnowiślanej królewnie
płynie bijąc o brzeg i białych chmur chorągwie.

A potem – po wielu latach – dzielnic rozdartych na ćwierci,
znów iści się półcud w srebrze fal i ułańskich podków –
ludzie wydarci życiu – rycerze wydarci śmierci
znów zaślubili morze – morze słowiańskich przodków,

Pod ściętych dębów pniami gajów święconych bogom
kłębi się morze i czerni, trąca o brzeg i płynie –
– Za jakąż cenę – pyta – Gdańsk jest oddany wrogom?
i – jakie burze poskromi młody przyczółek Gdyni?!

Znowu korsarskie korwety w żelazo zakutych Gotów
wbiły się krwawym cierniem w pierś błękitnej załogi –
– Czyżby to była zapowiedź rugijskich gontyn powrotu?
– Czyżby ofiary krwi żądały bałtyckie bogi?

Bo z walki – na śmierć i życie – życie lub śmierć jest
zapłatą,
aż życie równa się niebu – takie błękitne, jak morze –
I – jakże wyrwać z historii wrześniowe dni Westerplatte?!
– – – – – – – – – –
– Od Inflant aż popod Rugię pieni się brzeg Pomorza.

 

Wacław T. Chabrowski

Światowid

Wtedy miał małe pożary nad głową
które zamieniały się w wieńce ognia
i był groźny obecny czterem światom
tym z gliny i bursztynu nad Bałtykiem
i tym ze złota i miedzi na monetach Gotów.

Wzrokiem nie zbyt bliski i nie zbyt daleki
za którym stało sto ukośnych wykrzykników
ludom ukrytym w puszczach na czółnach
przybliżających się z prostotą do jego dębu
wkładał w koronie z leśnej kory

Lecz od tamtej pory jak dużo się zmieniło
chusteczki rzucane na święty dąb jak kwiaty
przy wieczornych ceremoniach i tańcach
które zakwitały w krąg siejąc zapach lotosu
omszały powiędły i każdy renesans wiosny
zapowiada się nowym cierpieniem

O Światowidzie boże jeleni módl się za nami
ukrzyżowany litością z pejzażu skreślony
po opłotkach tułający się z jedną
drugą trzecią i czwartą twarzą.

Wielemir Chlebnikow

Wila i bies

Rak czarny na półmisku białym
Błękitne kłosy żyta chrustał…
Rozmowy o katarze brzmiały
O morzu kłamstwa i nieróbstwa
Lecz nagle dzwonek niespodziany
Już czas. Do kogo modły poślesz
Jak niegdyś Cezar w serce ranny
Zasłoną osłoń się wyniośle
I umrzyj, drogi. A gdy zgonem
Zechce przerazić ciebie władza
Rzekniesz w fotelu rozwalony:
„Jam ten, komu się nie przeszkadza”.

przeł. Anatol Stern

 

Aleksander Chodźko

Upiór

Tam na bagnach Morlocha,
Leży na wznak trup Włocha.
Łeb mu kula strzaskała,
W sercu wbita tkwi strzała.
Trzeci miesiąc się kończy,
A krew jeszcze nie skrzepła,
Lecz czerwona i ciepła,
Z ran się sączy i sączy.

Rośnie broda, pazury,
Oczy patrzą do góry,
Niech kto żyje ucieka,
Upiór wzrokiem urzeka!
Patrz, patrz, łakoma kupa
Wilków, sępów, wron, kruków,
Szarpią ciała hajduków,
Co leżą koło trupa;
Ale trupa omija,
Upiór wzrokiem zabija.

Krew na ustach i twarzy,
Usta śmieją się wściekle,
Śmiechem śpiących zbrodniarzy,
Gdy im śni się o piekle.
Chodź, Marylko! chodź! żałuj,
Chodź uściśnij lubego,
Sine usta ucałuj!
Kraj zdradziłaś dla niego,
Dom rzuciłaś dla niego,
Całuj, ściskaj lubego!

Wanda Chotomska

Baba Jaga

Dawniej wszystko było proste
jak ta miotła,
kto niegrzeczny tego zaraz
siup! – do kotła.
I dzieciaki tak się bały,
że aż strach –
Baba Jaga, Baba Jaga
zna swój fach.

A teraz co?
A teraz co?
Przez komin się nie wleci.
Na rentę, Babo Jago, idź –
nie wolno straszyć dzieci!

Kto się boi Baby Jagi?
Kto się trzęsie?
Kto dostaje na mój widok
skórki gęsiej?
Dawniej wszystko jak po maśle
gładko szło
i straszyło się dzieciaki,
że ho, ho!

A teraz co?… itd.

My to wszystko zawdzięczamy
pedagogom,
że tak na nas cały naró
patrzy wrogo.
Dawniej było pedagogów
jakby mniej
i straszyło się dzieciaki,
że aż hej!

A teraz co?… itd.

Takie czasy, takie czasy
przyszły teraz,
że kominy mają nawet
porozbierać.
A jak zniosą te kominy,
no to cześć –
Baba Jaga nie potrafi
tego znieść!

A teraz co?… itd.

Maria Czerkawska

Ścieżka

W las, w bór, kędy zielony Dziw mieszka,
Idzie szara, wąziuteńka ścieżka
Po zaklęte, kryształowe szkiełka
Ukrytego wśród gąszczy źródełka.

Idzie – w cztery ogląda się strony…
Gdy bór szumi ogromny, zielony,
Ważąc wielkie, tajemnicze sprawy,
Ona siebie szuka pośród trawy.

Biegnąc chyżo po śliskiej uboczy,
Dziwu złote napotyka oczy…
W jego jasne wpatrzywszy się czoło,
Zamiast wprost iść, wciąż błądzi wokoło.

Zdjęta trwogą przesączną, zajęczą,
Własnych śladów wije się obręczą,
I pod Dziwu uroczym majakiem
Siebie własnym swym przecina szlakiem.

Sobie samej bliska i daleka,
W gąszczach gmatwa się, plącze, ucieka…
Coraz chyżej między pniami pędzi,
Aby skonać u źródła krawędzi.

Cyprian Czernik


Wił


Szarpie się
bo związany
– a tak chciałby
biec
po rżysku,
z ogniska
pryskać iskrą
i jęzorem
dymu
wylizać dzban
łubinu

Patrzy
za zającem
jak przesadził
skokiem
Wóz
pełny kapusty –
i skryty
obłokiem
na dobranoc
potrząsa
srebrzystymi
uszami

 

Tytus Czyżewski

Wiosna

Szum koła automobilu
Śmiga aeroplanu
w szalonym pędzie
Poszedł położył się do trumny
i skonał
Stróż kamienicy
Starego samobójcy
Powiadano mi
onego dnia
że Chrystus pytał się o mnie
ale nie było mnie wtedy w domu
Powiadano mi
onego dnia
że szatan pytał się o mnie
ale nie było mnie wtedy w domu
I przyszedł Judasz
i zapłacił mi 30 srebrników
Szymon z Kleofasem
obaj jednym czasem
szli do miasteczka Emaus
spotkał ci ich pan Jezus
Alleluja!
i dzwony dzwony dzwony
wszystkie dzwony
I mój ojciec idący za pługiem
wiosną idący za pługiem
wiosną wiosną
I moja matka idąca w pole
wiosną wiosną
I dzwony idące w pole
wiosną wiosną
I wszystkie kwiaty idą przez pole
wiosną wiosną
I wszystkie ptaki lecą na pole
wiosną wiosną
Godziny dnie miesiące lata
i wieki idą w pole
wiosną wiosną
domy wioski miasta idą w pole
wiosną wiosną
I stanęli i popatrzeli wkoło
zaśpiewali zagwizdali wesoło
Grali na skrzypcach na basach na flecie
na trąbce i na klarynecie
wzięli się za ręce i tańczyli wkoło
i śpiewali gwizdali wesoło
I przyszła Marzanna wiosna
rozłożyła rozstawiła krosna
Przyszła Marzanna panna
złotowłosa Dziewanna
Mój miły po mnie jedzie
on mnie do łoża zawiedzie
jedzie na siwym koniku
I stanęli i popatrzeli wkoło
zaśpiewali zagwizdali wesoło
Grali na skrzypcach na basach na flecie
na trąbce i na klarnecie
I spotkał mnie na „avenue
de la grande Armée”
Judasz i pytał kiedy będę w domu
i wybiła wtedy godzina na białym zegarze
i propeler szumiał
i spotkałem po drodze cztery trumny
a tramwaj przejechał wózek szmaciarza
A ja szedłem ulicą i myślałem
CINQ BIS (5 bis)
przyjdzie do mnie Judasz
i kupi kilka obrazów
i
propeler
szumiał
i
pola
leciały
i dzwony dzwony
i wiosna
I stanęli i popatrzeli wkoło
zaśpiewali zagwizdali wesoło

Ryszard Danecki

Hymn do Swaroga
z „Poematu piastowskiego”

Pokłon, pokłon dla Swaroga,
najświętszego Słońca – boga,
i dla syna Swarożyca,
co się wcielił w kształt księżyca!

Ciebie chwali ranek cichy,
dęby, brzozy, sosny, cisy,
ryba w rzekach i mód stary –
daj-że mir nam – oddal swary:

niech pan bratu – mówi bracie,
daj miód złoty naszym barciom,

niech brat bratu – bracie rzecze,
daj ryb mnogość naszej rzece,

niech bratu – bracie woła,
daj sił dużo naszym wołom,

niech brat bratu – bracie głosi,
daj najcięższe polom kłosy…

Wszelakiegoś ty bóg życia –
ciepła, światła nam użyczaj,
nocą jasność nam posyłaj,
Swarożyca – twego syna!

Kto zaś wytknie ciebie palcem –
niechaj zginie w pierwszej walce,
kto się ciebie chciałby wyrzec –
zgubi tego wołchw i żyrzec:
wróż sędziwy – wróż i kapłan,
który tę przysięgę składa –

strzec pradziadów wiery będę,
kłaść ofiary pod twym dębem
w gaju świętym Wierzenicy –
wiery oćców nic nie zniszczy…

Pokłon, pokłon dla Swaroga,
najświętszego Słońca – boga,
i dla syna Swarożyca,
co się wcielił w kształt księżyca!

[Nadodrze 1978/10,7]

Felicjan Faleński

Koń Swantewita

Ponad Arkoną trzask i zawierucha,
I wichry jak wilki wyją.
Jęk przekleństw, łopot, mieczów zgrzyt z nich bucha,
Krew czuć w powietrzu – lecz czyją?

Brzegiem odmętów, śnieżną wzdętych pianą,
Po kredach tętnią kopyta –
To gdzieś w ślad burzy pomknął w dal nieznaną
Wyroczny koń Swantewita.

Znad urwisk trwożny patrzy lud w Zaodrze,
Ku Łabie, w przestrzeń pobladłą –
To stamtąd klątwy grzmią i dźwięczy szczodrze
Cios w cios jak obuch w kowadło.

– Hej! hej! – Wieść głucha dołem pełznąc syczy:
– Tak chce obyczaj prastary:
Znów tam Bodrycze w czarnych borów dziczy
Z Niemcy się wzięli za bary!

Minął dzień – drugi – aż gdy na dzień trzeci
Brzask się z Bałtyku wynurza,
Grzmi tętent: Z wichrem w mgle tumanów leci
Czy koń ten biały? czy burza?

Wbiegł w stajnię, chrapy wzdął i pręży szyję,
Bokami robi zziajany,
Ustać nie może, dół kopytem ryje,
Mży z niego pot, lecą piany.

Rozpryskał owies, rozmiótł święte siano,
Aż gdzieś pod belki w pułapie,
I wiadro kopnął, w którym pić mu dano,
Po czym łeb zwiesił i chrapie.

A kapłany wreszcie wierzgnął!… Jęk rozpaczy
Obleciał rzeszę struchlałą:
– Jeść nie chce – spocząć ani pić nie raczy –
Cóż będzie? co się to stało? –

Z zachodu goniec pędzi. – Gończe krwawy,
Jakąż wieść niesiesz ponurą?
– Ratuj, kto wierzy w bogi dobrej sławy!
Żelazne Niemce znów górą!

Z pola Lutyki pierzchli, nędzne tchórze!
Sam, walcząc przy świętym godle,
Z konia się Niklot zwalił w krwi kałużę –
Syn własny zdradził go podle! –

To rzekł i trupem padł. Wtem drugi pędzi:
– Duńczyk!, w morskiej zamieci,
Od bursztynowych dążą tu krawędzi! –
To gdy on mówił, wpadł trzeci:

W pomoc Duńczykom czerń Pomorców sroga,
Od Wschodu czai się zdradnie –
Czuj duch! – Natenczas, do stóp swego Boga
Lud cały plackiem przypadnie:

– O Swantewicie! o ty nasz wielbiony,
Z poczwórnym obliczem Boże,
Co wzrok masz wryty w cztery świata strony!
Spójrz – skąd nam pomoc przyjść może!

Wraz buchnął wicher w gąszcz bugajów mroczną,
W zrębach się wstrząsła gontyna
I z hołdów głosy wylatywać poczną,
Od których w lód się krew ścina!

– Precz, ty narodzie! Słuchaj, co ci prawię:
Dział twój niezwrotny a srogi!
Skąd tobie pomoc? kiedyś ty w obławie
Sam sobie wróg ponad wrogi.

Bezrządu, zdrady, lichych zwad zamiecie
W was walczą! Więc gdy wy sami
Z woli swej własnej silni być nie chcecie,
Ja – Bóg wasz – nie chcę być z wami! –

Rzekł, i gdy jeszcze nad urwiskiem stromem
Przekleństwy głos jego zgrzyta,
Błysło – iż nagła padł rażony gromem
Wyroczny koń Swantewita.

Józef Fert

Południca

zapach zerżniętych schnących łodyg
rozcięty trel konika
i łopot
wron zbielały chłód

i chmura czarna
w pręty strojna

gdy przez koniczyn bugaj parny
szła rozchełstana południca

po rowach maki się jarzyły
jak wilkołaków głodne ślepia

żytnią kopicę wymościła
i dzień się w wartki wieczór przelał

czemu masz wargi tak spierzchnięte

Jan Fudala

Zaprzęg płanetnika

Do halnych poezji
Miesiączkowych zachęcań
Wprzęgnąłem młodość swoją

W saniach usiłuję
Powozić wierszami
Karpatów
Całych

I przeraża mnie myśl
Że nie wsiądziesz

Wsiadaj, fiakruje
Pierwszy płanetnik
Krainy jałowców
Kęp i wiecznych miłości.

(źródło: Góralskie serce…, s. 189)

Leszek Goliński

Swantewit

Noc czarna to była, gdym pojął Twój krok
Bałkany wołały przez burzę i mrok
I serbskich powstańców wyśpiewał Cię zew
I bujna rosyjska wskrzesiła Cię krew,
Pogański, słowiański, Swantewit.

I wstałeś ogromny od morza do pól,
A w oczach taiłeś zawziętość i ból
Przez gliszcza upiorne, przez widma stu miast
Sięgałeś milczący ramieniem do gwiazd,
Pogański, słowiański Swantewit.

Słyszycie rabusie, rycerze eS eS
Jak niesie wam w ręku zagładę i kres
Pogański, słowiański Swantewit.

Sergiusz Gorodecki (1884-?)

Przodkowie

W kudłach zielonych czap nade mną
sad-nie sad pośrodku miedz:
zgasłych nadaremno
żywotów wiec.

Boruta rosochatą łapę
wczepił w ciemny chmury miąższ,
sapaniem i chrapem
napełnił gąszcz.

Ssie sok klonowy Borucicha
pokurczona niby krzak:
chłepce jak z kielicha,
gorycz jej w smak.

Praojciec urzęsione gały
wytrzeszcza w brzozowy pień:
znalazł w ciele białym
gnijący rdzeń.

Prapradziad na osiny czubie
jął zieloną matę wić,
z niebios ciągnie w dzióbie
błyszczącą nić,

Nad jodłą gnie się kark praszczura,
dziad pomniejszych strzeże krzy,
wyjrzy, znów da nura,
cetyna drży.

Zielonowłosi, obrośnięci
biorą mnie w gromadę swą,
istnienie ich nęci,
w nieistność zwą.

przeł. Jerzy Litwiniuk

Jariła

W chatce niebogatej
U baby dziobatej
Brzmią dziatek rozgwary.
Przyjdzie gość po dróżce,
Licho rosochate –
Na świeżej rogóżce,
Rumiana jak ćwikła
Miłować przywykła.
Każdego polubi,
Każdego hołubi,
Każdemu do pary.

Ma baba dziobata
Dzionek wesolutki:
W posadach drży chata,
Średniak i malutki,
Wyskrobek i hoży
Biegną na świat boży
Z matczynej zagródki.
Ojców zapomina:
Trafił się i nic potem,
Zostawił z kłopotem,
A jej nie nowina,
Jeno bolą usta,
Posucha je ścina
I godzina pusita.

– Gdzie rodziciel, matko?
– Za chmurą jest tatko,
Gdzie wiatru kołyska.
– Gdzie tatulo ninie?
– Buja za łąkami,
Kędy strumyk płynie
Z leśnego źródliska.
– Gdzież ojciec, mateńko?
– Za tymi nockami,
Serdeńko,
Gdzie miesiączek łyska.

O zielonej wiośnie
Białej jarce rośnie
Wełniste jagniątkoo,
Gołąbeczce siwej
Bystre gołębiątko,
U siwej kobyły,
Srokate źrebiątko,
U baby jak ćwikła
Dziecina niezwykła:
Od stópek do głowy
Porudziały, płowy,
Nie, nie – złotogrzywy!
Jariła!

tłum. Jerzy Litwiniuk

Kazimierz Graczyk

Śmierć baby jagi

nie pamiętam kiedy
umarła baba jaga
gdzie ją pochowano
wiem
że rozstaliśmy się
przed ostatnim dzwonkiem

może
nie umarła

chodzę do starego dębu
wśród pól
między miastem a wsią
lecz
nie mogę jej spotkać
widzę tylko
ginące obrazy

 

Kazimierz Grześkowiak (1970)

W południe

Słońce ziemią kołysze
Chmury z nieba wytarło
Zda się słychać jak w ciszy
Z kłosów sypie się ziarno

Babom łydki bieleją
W podkasanych spódnicach
Ziemia pęka nadzieją
Rodzi się południca

Ptaki w jej warkoczach drzemią
Gdy spełnioną słońcem ziemią
Jak ta wola co od Boga
Chodzi gdzieś po swoich drogach

Nikt nie dowie się o tym
Dokąd idzie, skąd przyszła
Czyje ciężkie żywoty
Dźwiga na koromysłach

Idzie dalej wciąż dalej
Gdzieś na chwilę przystanie
Baba świecę tam pali
Chłopskie tam umieranie

Ptaki w jej warkoczach drzemią
Gdy spełnioną słońcem ziemią
Jak ta wola co od Boga
Chodzi gdzieś po swoich drogach

Przyjdzie do mnie gdy lato
Za lat ile – sam nie wiem
Przyjdzie, stanie przed chatą
Powie: „Czas już na ciebie”

Dzieci ziemią obdzielę
Zrobię jeszcze Bóg wie co
I w pachnącą niedzielę
Pójdę za południcą
Pójdę za południcą
Odejdę z południcą…

Jerzy Harasymowicz

Dziwożony

Tańczące z zawilcem w jarach
W marca topaz przybrane
Na swoich potężnych łapach
Pod dom przychodziły nad ranem

Białe przybrane jedliną
Siadły w zawilców zagonie
Chciały za leśną swą miłość
Kupić me portki bukowe

Mówili że już się rozpierzchły
A bór je tymczasem hołubił
Za księdza księżyc coś beknął
I leśnik je wszystkie poślubił

I jesion jest w swaty poproszon
I lasom nie tajemnica
Że cały posag dziwożon
Faska białego księżyca…

Kazimiera Iłłakowiczówna

Sądy Światowida

Bogunka dziecko zamieniła we wsi
Cudze zabrała, swoje porzuciła.
Leży boginiak w kolebeczce chłopskiej,
Nos ma perkaty, oczy w żółte kropki.

Skwierczy odmieniec, skrzypi i sepleni…
Bogunka obmywa dziecko w strumieniu.
Jodła zwisa nad nią, brzoza szumi,
Puszcza podgląda, słucha i rozumie.

Dziwi się wilga, sroka z dziwu skrzeczy,
Skąd u bogunki dziecko człowiecze!
Wylazł topielec, wikliną się okrył,
Pomógł bogunce prać pieluszki mokre.

Ptak ptakom, drzewo drzewu wszystko wyda.
Doszła wieść w puszczy głąb do światowida.
Wyrwał się z ziemi, zakołysał lądem,
I w wodę wstąpił, aby płynąć z prądem.

Oto pośpiesza, oto się zamierzył,
Głupstwo daruje , lecz w zbrodnię uderzy,
Pustotę skarci, zło wypali grozą,
Bo jego – prawo i wola i rozu

świerki mu kadzą żywicy kadzidłem,
Lecące kruki ocieniają skrzydłem,
Leszczyn i jeżyn gąszcz, malin i kalin
Klęczy, wpatrzony jak go niosą fale.

A wierna woda wie, o jakiej chwili
Bożyca w toni na ląd wychylić,
Tak aby mocny i groźny i mądry
Mógł nad bogunką sprawować swe sądy.

Swarożyc i dziewczyna

Ballada

Szła dziewczyna w odzieży siemiężnej,
Napotkał ją swarożyc potężny;
Nie chciał straszyć tej panny,
Stanął słupem drewnianym
Swarożyc potężny.

Miał rzezane różne po sobie dziwa:
Jako niedźwiedź myśliwca rozrywa,
Jak witeź ranny leży,
Jak łucznik z łuku mierzy…
Przerożne takie dziwa!

Miał słońca i miecze i kwiaty
Rozsiane po odzieży bogato:
Wszystko dla onej dziewy
Skamienił w suche drzewo,
Nawet żywe kwiaty.

Zdziwiło się idące w bór dziewczę,
Skąd się zjawił słup rzeźbiony na ścieżce,
Obeszła go ze śpiewem:
„witaj nieznane drzewo!
Bądź łaskawe mnie , dziewice”

Nie wiedziała nic o bóstwach wcale,
Zbliżyła się do boga zuchwale,
Korale z siebie zdjęła ,
Na szyi mu owinęła,
Nie znając go wcale.

I poszła nic nie wiedząc o czarach,
A on został nieruchomy z jej darem.
Teraz już się nie ruszy,
Aż się sznur pokruszy
Bo takie są czary!

A dookoła puszcza rośnie wciąż gęstsza,
Czarny bór fale swe nad nim spiętrza,
Jeżyna i malina
Do kolan mu się wspina,
Krzewina najgęstsza!

Pozmieniały się setki razy księżyce:
Dotąd puszcza czuwa nad swarożycem,
świerki go obstąpiły:
„zostań bożycu miły,
Z nami swarożycu!”

I zostanie tam zaplątany w kuszcze,
Aż znów dziewczę młode pójdzie przez puszczę,
Szukając rydzów i kurek
Przypadkiem zerwie sznurek
Na drewnie w kuszczach.

Wówczas z próchna runie na kształt gromu
Bożyc wolny, groźny i widomy,
I pozna w błyskawicach
Dziewczyna swarożyca,
Władykę gromu .

Piosenka o ubożęciu

A to ciche ubożę
Mieszka u nas w komorze,
Za bierwionem, w szczelinie,
Ze świerszczykiem w kominie

Zbrojni wolą mężowie
Bić hołd światowidowi:
Idą, jadą we światy
Krwawe nieść mu obiaty.

Miałam cielca siwego,
Strzegłam go od małego,
Poiłam wodą czystą,
Pasłam trawą soczystą.

Za dwa bicze korali
Bracia mi go zabrali,
Za dwa kolce bursztynu
Wzięli go do gontyny.

W ofierze z mnogiem bydłem
Przed możnym światowidem
Zakłuto mego cielca
Ulubionego wielce!

A ubożę nie straszy…
Trochę miodu i kaszy,
Trochę mleka i prosa,
I piosenka w pół-głosu.

Mocna, lekka jak pianka,
Z pajęczyny sukmanka,
Z kory białej brzozowej
Łapcie, chodaczki nowe.

Z wełny czystej jagnięcia
Kożuch dla ubożęcia,
A z mysiego futerka
Dla ubożęcia derka.

Włożę bursztyn, korale,
Ubożątko pochwalę,
Stanę tuż przy kominie:
Może do mnie wychynie,
Może spojrzy łaskawie,
Moją dolę poprawi!

Święty Ostrów

Ciągle po boru, po puszczy
Coś szeleści, coś szura, coś szuszczy:
Szepce liść, szamoce się zwierz,
Siecze grad, huczy grzmot, pada deszcz:
Tylko cisza zalega i gwar się uśmierza
Tam, gdzie na wyspie świątynia leży.

Nie pleszcze tam ni w dzień, ni nocną porą,
Gdzieindziej szemrzące falami jezioro.
Martwym kręgiem lśni zdaleka żwir.
Wioślarzu, baczność na wir!
Uwaga! Steruj w lewo i w prawo i prosto,
Przesmykiem wolnym od zdrad, na ostrów.

Ostrów – czarny od świerków i jodeł.
Ostrożnie! Przez gąszcz ścieżki kołując wiodą,
Kłuje cierń, pokrzywa piętrzy się i złości,
Bieli się coś, chrzęści i chrupie… To trupia kość!
Kościotrupów zmięszanych pod nogą chaos:
Czaszki patrzą oczodołami, szczerzą zębiska białe.

Nie rozstąpi się puszczy ściana
Aż gdzie szczerba w iej wyłamana.
Gościu, stój; posłuchaj, obejrzyj się w bok i wstecz
I w głąb.
Oto polana, oto dęby i bierwion spadzisty zrąb,

I gołębie śpiące i nieruchomy omszały pod niemi
Dach…
Czarne plamy na piasku rudzieją, jakby krwią suchą…
Pielgrzymie! Czas jeszcze.pątniku, którego osłupił
Strach,
Jeszcze czas. Ocknij się, zawroć…uchodź!

Tęsknota Swarożyca

Puszcza go otoczyła, kruk nad nim zakrakał,
A teraz cicho… Nie słychać ni lasu ni ptaka!
Puszcza obrosła go, przywaliła gęstwą i cieniem.
Opleciony chmielem – słup. Oblepione mchem –
Kamienie.

Ofiarny głaz – zasypan wiekowem liściem.
ścieżki – zalane jeżyną. Nie ma dostępu ni wyjścia.
Czterema twarzami tęskni spętany swarożyc:
„ach, kiedyż, kiedyż mój grom drogi do mnie
Otworzy?!

Słyszę jak szuka mnie ten, który mi służy:
Ciemnieje ciemność, to nad borem przeciąga burza,
Piorunami sięga po mnie, po same puszczy trzewia,
I nie zna dróg, i błąka się, i cofa, i nie wie…
O piorunie, ręko moja, włado moja, mój synu,
Rozgrom sto lip, sto jodeł, rozerwij,roztargaj
Gęstwinę!

Otom jest… Klon przez pierś mą przebił się gałęzią.
Otom tu… Próchno świerkowe, brzozowe, bukowe
Mnie więzi.

Cała puszcza leży na mnie, przerasta mi przez
Serce…
Nie ustawaj mścicielu mój!.. Rozwalaj, rozkruszaj,
Rozwiercaj:
Niechaj padają modrzewie, niech wali się dąb
O dąb…
Wyszarpnę, wykorzenię, wyrwę! A ty rąb, a rąb,
A rąb!”

Stanisława Juraszek

Świycurka zły duch

Koło chodnicka rosła jedlicka
A pod chodnickiem zimno wodzicka
A chaj tam dali to lasy strasne
Około gronie i niebo jasne.

W środku w tym lesie wielko dolina
A w tej dolinie ciasno scelina.
Cosik ta kasik wiecnie piscało
Małe światełko sie tam migało.

Róznie ludziska po wsi godali
Zły duch, świcurka, to nazywali.
Jednak w dolinie diabły siedziały
Kto sed tamtędy napastowały
Cy chłop cy baba, duzy cy mały
Kto się odezwoł to zamłotały
Ciągły po krzokach i po kamieniak
Wiecie ze deboł ni mo sumienia

Sed roz tamtędy niejaki Kuba
Silne chłopisko prosto od pługa
Idzie doliną i pogwizduje
A kupa debłów jus wylatuje.

Strachu mioł dosyć, odezwać sie muse
Debły wołają chcemy twoją duse.
Obrócił kozuch do góry kudłami
I doł sie do gotki z tymi debłami.

Dusycka moja zabezpiecono
Cało do kudeł jes obrośniono.
Jak po kazdej kudełce kozuch ośkubiecie
To się do dusycki mojej dostaniecie.

Debły kozuch śkubią palce oblizują
Śmieją sie skokają dusy sie radują.
Kuba zaś polecioł prentko drugą stroną
Wziął z chałpy kropidło i wodę święconą.

I jak zacął kropić i znacyć krzyzami
Wygnół wszystkich debłów razem z kopytami.
Nima jus sceliny leśnej Jezusicku
Rosną tam jedlicki przy wąskim chodnicku.

(źródło: Grupa literacka Gronie…, s. 175-6)

Mato Kosyk

Módlitwa Serbow pšed bitwu z Gerom

(Modlitwa Serbów przed bitwą z Geronem)

Za niemiecką kroniką miasta Chociebuża

Daj nam iść, Swantewit,
Daj nam wroga bić,
Podaj nam tarczę i daj moc,
Wiedź nas bitwą ciężką,
Abyśmy zwycięsko
Ostali dzień i noc.

Wprowadź na rozłogi
Nieszczere wrogi,
Ojcom pomarłym pokój zwól,
Świętym popiołom ciszę;
Domy niech ukołysze
Szczęście, nie strach i ból.

Stoim przed twoimi
Wrotami świętymi
I każdy z nas zgina ci krzyż.
Serbski ty nasz Panie
Daj nam zmiłowanie
Szczęścia i chwałę nam zbliż.

Pomścić daj zastępy!
Bądź Gero przeklęty,
Coś woje spisami zbódł,
Wsie nam zamarasił,
Zdradą byt zakwasił,
Złoczyniąc k’skażeniu wiódł.

Daj nam iść, Swantewit,
Daj nam wroga bić,
Moc daj w potrzebny czas,
Za to wrogów kości
Naznosimy dość ci
Na ołtarz twój w święty las.

[1883]

przeł. Wilhelm Szewczyk

Joanna Kulmowa

Ballada o płanetniku

A jak stanął miesiączek a nowiu,
to szemrało o północku w sitowiu,
dyludyja o rety,
w sitowiu.

I świeciło przez łodygi i liście,
to cieleśnie, a to znów gwiaździście,
dyludyja,
gwiaździście.

A jak jutrznia nad lasem gorzała,
to się jedna marsjanowi oddała,
dyludyja o rety,
on czerwony, ona jak śnieg biała.

„Ledwieś zleciał na czartowskim ożogu,
to już ludziom się nie modlę, ni Bogu,
dylucyja, o rety, mój ty z innej planety,
ni Bogu”.

„Moja wiedźmo, nie obejmuj nazbyt,
trzeba lecieć nim pogasną gwiazdy.”
„Płanetniku, albo tutaj źle mi?
byłeś jeno mnie przycisnął do ziemi”.

A jak rankiem odleciał we światy,
to się zwlokła kominem do chaty,
dyludyja o rety,
żeby płakać tej nagłej utraty.

„Płanetniku, co być miało, stało się,
przyjdzie zgorzeć w atomowym stosie,
dyludyja o rety,
na stosie!”

Janka Kupała (1882-1942)

Czarny bóg

Kołtuniasty i omszały
Aż do samych stóp,
Z bagien, z parowów zdziczałych
Wybiegł czarny bóg!

Z nim morowce i nocnice,
I różne roidła;
Gasi nowych gwiazd mgławice,
Niech się nie rozwidnia!

Pazurów rozcapierzonych
Raniące ościenie –
Chce gnać w różne świata strony,
Budząc przerażenie,

Z nim zaguba i ciemnica
Zgodnie się zmówiły,
By się w tajniach – tajemnicach
Dusze zatraciły.

Z kobuzami przez rozstaje
Wszystko w dzikim pędzie!…
Czarny bóg w płomieniach staje,
W ognistym odmęcie.

Rozpłomienia się i zwęgla
Czarnożmijny bóg –
Próżno po białego sięgał,
Znów go biały zmógł!

Chochlik

Kiedy w lesie chochlik zagra,
Wszelka pieśń się urwie z nagła…
Wejdzie w łozy, ruszy mchami –
Wnet ożyją śmiech ze łzami…

Ciemne jary, a w nich czary,
Kwiat się naraz robi szary,
Liść się trzęsie na osinie
I ogniki błądzą sine…

Leśnik brodą już potrząsa,
Coś w ostępach zacznie pląsać;
Spoza trumny wstał wiłkołak
I się powlókł w stronę sioła.

Chochlik pędzi przez zagony
Z czymś na kształt carskiej korony,
Kwiaty, drzewa koronuje
I na ploność je skazuje.

Gdy gra chochlik, wiedźma skacze,
Noc się śmieje, słońce płacze…
Tam, gdzie trawy rosły wcześniej,
Żadnej nie usłyszysz pieśni.

przeł. Jan Huszcza

Antoni Lange

Na Świtezi

X
– A powiedzcież, rybaku mój młody,
Co tak znacie jeziora głębiny,
Czy też jeszcze są w falach tej wody
Świtezianki – rusałki – ondyny?

– Nie, panoczku! Już dziś Świtezianki
Nie ukażą się ludziom na oczy,
Jeno widać zaklętych ziół wianki,
Jeno skrzydła tej ważki przezroczej.

– Ale dawniej bywały rusałki?
– Oj, bywały! jak starzy nam prawią:
Czy zarośla gdzie, wody czy skałki,
Niby wszędy boginki się jawią.

– Teraz nie ma? – A nie ma, uciekły.
– Gdzież się skryły? – A kto ich tam znaje?
Musi ludzkie je grzechy urzekły,
Więc się w lepsze wyniosły gdzieś kraje.

– A dlaczegoż uciekły za morze?
– Że to ludzie niedobrzy się stali,
Więc im smutno tu było w jeziorze
I na innej tańcują dziś fali.

Bo rusałka się tylko pokaże
Takim ludziom, co w sercu są czyści,
Mają oczy spokojne i twarze,
Co są dobrzy i bez nienawiści…

Prawdę mówił ów rybak prostaczy:
Od złych oczów uchodzi ondyna,
Ach, a bóstwo ten tylko obaczy,
Co ma duszę jak leśna ptaszyna.

Michał Lermontow

Rusałka

Po rzece błękitnej płynęła wodnica,
Przy pełni, wśród jasnych promieni;
I chciała znad fali do tarczy księżyca
Doplusnąć pianami srebrnemi.

A rzeka szumiała kołysząc na fali
Odbite w jej nurcie obłoki;
Rusałka śpiewała, a śpiew jej z oddali
Dolatał do brzegów wysokich.

Rusałka śpiewała: „Tam na dnie układa
Blask ranka grę świateł wspaniałą;
Tam rybek złocistych migoce gromada,
Tam wznoszą się miasta z kryształu;

Na piasków wezgłowiu jaskrawię barwionym,
Cień gęste rzucają tam trzciny,
Śpi witeź przez falę zawistną schwycony,
Śpi witeź z dalekiej krainy.

My czesać kędziory, wijące się cudnie,
Lubimy, gdy noc mroczna wkoło,
Nam zdarza się nieraz całować w południe
I usta junaka, i czoło.

Lecz czemu to, choć go całuję namiętnie,
Jest chłodny i milczy, któż zgadnie?
Głęboko śpi witeź, nie szepnie, nie westchnie,
Na piersi mej wsparty bezwładnie.”

Śpiewała rusałka, a śpiew jej się żalił
I leciał do brzegów wysokich;
A rzeka szumiała kołysząc na fali
Odbite w jej nurcie obłoki.

tłum. Jerzy Zagórski

Bolesław Leśmian

Dziwożona

Co sto lat tu zlata ptaszek,
Złoty ptaszek, Gregoraszek,
Puka w dąb: niech w dębu szparze
Dziwożona się pokaże!

Stuk, puk! Z dziupła wypłoszona
W świat wybiega Dziwożona,
O, już tańczy zwijanego,
Gonionego, wyrwanego.

Leśnej bajce dając wątek,
Pośród modrych tańczy łątek,
Gra jej ciepła trzcin muzyka,
O, ucieka już, już znika.

Pobiegnijmy za nią w ślady,
Na wywiady, na wybady,
Zanim dąb się zamknie za nią
Za tańczącą Złotopanią!

Bo ptak złoty lubi wzlekać,
Więc sto lat będziemy czekać,
Aż drzwi dębu otworzone
Znów pokażą Dziwożonę.

 

Antun Gustav Matosz
Zmora
I

Gdy północ wybiła,
Nagle się zjawiła…
I w kącie klęczy,
Przyszła mnie męczyć,
Kości przetrącić, wyłupić oczy,
Zadać cierpienie, krwią ręce zbroczyć,
– Kamień w wodę,
Płomień z lodem –
Inkwizytor, kat, oprawca,
Sługa mroku, wiecznych męczarń sprawca –
Póki za oknem stara się chwieje żerdź,
A serce mocno wali: śmierć – śmierć – śmierć –

Z księżyca jak z uciętej głowy
Groźnego przestępcy, kroplami powoli,
Na czoło moje tępe kapią bóle,
W mózgu Niagara syczy i boli,
A dusza Boga szuka, by go prosić czule,
Lecz nigdzie nikogo, tylko Wampir, Mgły syn,
Mroczny dżin,
Już w ofiarę się wpija
Jak głodny szakal, gdy karawanę mija
I żłopie z głowy szpik, i żłopie krew,
A ja, jak ścierwa nerw
Pod głodnego kruka gardzielą czarną,
Tę chwilę sobie przyminam marną,
Gdym był człowiekiem, dumą pieśni!
Ach – jednak nie śnij:
To sen był o rodzinnym kraju,
Sen o utraconym raju,
Sen o ziemi, słońcu i o maju.

O biada, jestem martwy – przejrzałem ich teraz:
Pochowali mnie żywym, nikt łez nie ociera!
Zaszlochać i wrzasnąć, dźwigną się – nie mogę!
Ciało mam z kamienia: sztywną rękę i nogę!

przeł. Julian Kornhauser, Seweryn Pollak

Dorota Myko

Bobo

Mój charakter jak kołyska –
Wewnątrz której śpi nietoperz.
Ona się nie kołysze, bo brakuje płóz.
Pożarły je mściwe myszy,
Zazdroszczące krewniakowi skrzydeł.

Gdy tylko obudzę latającą mysz –
Ona zacznie nieustannie ultradźwięki nadawać,
By zwołać towarzyszki na lot.
Aby zmusić ogoniastych do naprawy szkód.

Wypluta przez myszy miazga
Przyjmie więc znów starą formę łuku
I nietoperz zaśnie.
Gdy nadejdzie czas – będzie mnie bronić.

Cyprian Kamil Norwid

Rusałka

Gdy po deszczu po majowym
Wstęga tęczy z niebios płynie,
Ja w wianeczku liliowym
Latam sobie po dolinie, dolinie,
Latam tam, bujam, krążę w kółka,
Po dolinie,
Po jeziorze,
Lub w głąb patrzę, jak jaskółka,
Gdy zimowe rzuci łoże.

Czasem w ptaszka się przerzucę
I po niebie w krąg szybuję,
Z skowronkami się wykłócę
I słowikom nie daruję;
Bo skowronki i słowiki,
I lilije i powoje,
I doliny i strumyki,
Wszystko dla mnie, wszystko moje!

Hanka Nowobielska

Boginkowe dziecko

Podmieniła boginka – wrodoś
matce dziecko – i kajsi posła,
bij odmieńca! rai kumoska –
Niek wereda twoje ci odda!

Ale matka ni miała serca:
coś sie bedem mściła na stworze?
I chowała na woli bozej
z dzieciskami tego odmieńca.

Nie podane na cłonków rodu –
dość go jesce bieda natłuce –
nie ucieknie przed losu zemstą

w świat odeńdzie, popłynie wodą
– boginkowe dziecko – nie ludzkie
bedzie kiedyś w zyciu poetą…

Władysław Orkan

Upiór

Snom się oddaję w moc,
Marzeniom palę się w ofierze –
Uroczna, czarna noc
Krew-istność ze mnie bierze.

Jak upiór głodny ssie
Czerwień żył moich, moje siły –
Już jej się wargi psie
Od moich ran skrwawiły.

W mroku szyb staje twarz –
Z marzeń czy z tajni się wylęga?
„Dasz mi się w przemoc, dasz!” –
I dłonią po mnie sięga…

A często upiór ten
Czerwony jawi się we watrze.
Śni mi się krwawy sen –
I patrzę weń, i patrzę…

Tak mię ta czarna noc
Zdradnym urokiem przyniewala –
Dusza, jak ogień, marzy Moc,
A w popiół się przepala…

 

Bronisława Ostrowska

Rusałki

I tak się wlecze w samotnem jeziorze
Wyklęte życie i dola wyklęta,
A wkoło śpiewnej topieli bezdroże,
Pachnące rdesty nadbrzeżne i mięta,
Wietrzane szumy chodzące po borze,
Rzesza widziadeł we mgły owinięta
I wieczna klątwa, która nocną porą
Tuli skrzydłami wyklęte jezioro

Jest jedno ciche jezioro samotne
Pośród odludnej borowej polanki:
Opary nad niem włóczą się wilgotne,
Rosiste wonie płyną z macierzanki,
A w woniach łątki kołyszą się lotne,
Tworząc błękitne, latające wianki
Na płaskich liściach białych lilij wodnych,
Wiecznie śnieżystych, milczących i chłodnych.

W głębi jeziora jest państwo zaklęte,
Dziwne królestwo wodne, rusałczane,
Gdzie topielice kryją ciał ponętę
Za kryształowych swych pałaców ścianę,
Gdzie się porosty po skałach rozpięte
Stroją jak w srebro w błędnych wirów pianę,
I gdzie się palą w bajecznych komnatach
Upadłe gwiazdy w białych lilij kwiatach.

W onych jeziora krysztalnych przezroczach
Pod granitowych skal sklepieniem szarem
Mieszka jedyny władca na roztoczach,
Znudzony wiecznym fal żałosnym gwarem,
Który ma jeno chłód a grozę w oczach,
Przed którym blednie rusałczany harem,
I drży pod władcy żelaznego nogą,
Jak rój niewolnic rozkochany trwogą…

W jeziorze pławią się gwiazdy promienne,
I toń modleniem harfianem wkrąg brzęczy,
A biały harem, chyląc głowy senne,
Pośród kaczeńców złotookich klęczy,
Aż kiedy zorze zabłysną jutrzenne
Niknie pod bramą opalowej tęczy,
I na łożnicach wśród barwnych snów wianka
Czeka napróźno pana i kochanka…

Leżą tak senną rzeszą i bezwładną
Onych rusałek ciała roztęczone:
Czasem im blaski na włosy upadną,
Strojąc je w dziwnej światłości koronę,
Czasem libela błędna zleci na dno
Lub jakie ptaszę, polotem zmęczone,
Na złote włosy lub na piersi białe
Padnie i ciche leży i zmartwiałe…

Snią się rusałkom jakieś białe chaty,
Pszczoły gwarliwie brzęczące na lipie,
Na strzesze wianek jaskółek skrzydlaty,
Konie przy studni żórawianym skrzypie —
A do ich łożnic przez trzciny i kwiaty
Żalu się skręty czołgają polipie,
Co oplatają w swe ślizgie spowicia
I każą tęsknić do dawnego życia…

Więc do tej ziemi tęsknią z wodnej toni,
Kędy im słońce świeciło przed laty:
Gdzie pieśń skowrończa o poranku dzwoni
A rosa perli zasłuchane kwiaty;
Gdzie wiosną w sadach kwietna trześń się kłoni,
Gałąź czeremchy puka w okno chaty
I dziewki kwitną, by róże majowe,
Krwią rozigraną wonne i różowe.

Władca zaś w chłodnym jeziornym błękicie
Na skalnem łożu wypręża ramiona:
Jak orzeł, wichrem pijany o świcie,
Na słońce rwie mu się dusza stęskniona,
Za świat, na górne i słoneczne życie,
Tam, gdzie tęsknica na bezkresach kona,
Gdzie buja orłów wichrowa gromada,
I gdzie na gwiazdach wielka duma siada!

Lecz sny wsiąkają w jeziorne topiele,
A nad głębiami przewiewa dech grozy:
Dreszcz się po wrzosach, po dziewannach ściele,
I lilijowe kołysze skabjozy,
Ze mrą w powietrzu błękitne libele,
Ze trwoga trzęsie osiki i brzozy,
Ze się pokotem gną nadbrzeżne rdesty,
I fal w sitowiu konają szelesty…

To znów mdlejące padają pokotem
Przed granitowych skal tronową niszą,
Wabnemi ciały błyskają przelotem,
Jak białe kwiaty na wodnych mchach wiszą;
Lecz pan ich oczy zatopił w dnie złotem,
Choć mu rusałki u nóg się kołyszą
I pragną drżące na każde wezwanie
Swojemu władcy dać szał i kochanie.

Aż znów zbudzone miesięczną pozłotą
Wstają rusałki beznadziejną rzeszą,
I jeszcze ze snu owiane tęsknotą
W miesiącu włosy rozpętane czeszą:
W błyskawicowe warkocze je plotą,
Złociste iskry na głębinach krzeszą,
I na nadwodne wbiegają porosty
Przez blasków mlecznych księżycowe mosty.

Do innej, innej, widzianej w snach pani
Śle dziewosłęby wieczystej tęsknoty
Ten, co jak pyszni duchowie wygnani
Wiecznie na słońce wznosi błędne loty. —
On gwiazdę ściągnąćby chciał do otchłani,
By w pocałunkach blask wypijać złoty
I mieć kochankę ogromnie świetlaną,
Całą z promieni i ognia utkaną.

A tej nie znalazł w swych niewolnic tłumie
I w państw podwodnych zwierciadlanej fali,
Tej, która chodzi w tęsknocie a w dumie,
Jak złota gwiazda po niebie z opali,
A przecie gorzeć i miłować umie,
Jako orlica, co w słońcu się pali;
A tej nie znalazł w głębi jezior szklanej,
Tej wymarzonej i tej ukochanej.

Nieraz w odbiciach topielnych przezroczy
Obraz jej mary spostrzega nad wodą,
Więc w dal wytęża roztęsknione oczy,
Ale rusałki przed tron jego wiodą
Drżącą pod płaszczem rozwianych warkoczy,
Olśnioną ciała własnego urodą,
Siostrzycę swoją wabną, śnieżnołoną. —
A nie tę inną i nie tę wyśnioną.

1 znów w obłędnej topieli przepychu
Stoi przed panem nowa topielica:
Na wodnej lilji oparta kielichu,
Oblana zimną jasnością księżyca,
Patrzy przelękła i płacze pocichu,
Kryjąc włosami blednące swe lica,
I szepcząc trwożnie, że ona niewinna,
Ze tam nad falą żyjąc, była inna.

Dziś pogrążona w topielną martwotę,
Jak kwiat ma wonne i śnieżyste ciało,
Błękitne oczy i warkocze złote,
Głos słowikowy i cudną pierś białą;
Lecz powab jeno w oczach a pustotę,
Bo serce w piersi jej chłodnej zmartwiało;
Zmartwiała dusza górna i słoneczna,
I stoi nad nią ona klątwa wieczna.

Fala się garnie w nadbrzeżne kaczeńce
I skry gwiaździste na głębi roztrąca,
A wkrąg rusałki splątane we wieńce,
Jak nenufary w poświacie miesiąca,
Albo łabędzie nad morzem, straceńce,
Kiedy je gwiazda przerazi lecąca —
Tulą się trwożnie i patrzą z oddali,
Jak pan ich szałem miłosnym się pali.

A on olbrzymi powstaje na tronie
I pręży ręce na głębię spienioną;
Zda się w dwa skrzydła urosły mu dłonie,
I dwa pioruny w źrenicach mu płoną.
Ptakiem do lotu się zrywa przez tonie,
Ptakiem chce lecieć za marą straconą,
Lecz zwolna ściemnia się w sobie i mroczy,
Jak ten, co śmierci zapatrzył się w oczy.

A w górze topiel zawodzi i jęczy —
I tak kołysze wzburzony nurt siny,
Aż się wskroś cala jak harfa rozbrzęczy
Na chwiejnych strunach sitowia i trzciny…
Wtedy na pieśni, jak upiór na tęczy,
Zmora tęsknica powstaje z głębiny,
I w ciemne skrzydła szeroko rozpięte
Ogarnia całe jezioro wyklęt

Upiór

Le revenant est seul…
(HELLO)

Patrzą na ciebie okna domu twego,
Patrzą jak oczy rozgorzałe w cieniu.
Żółte promienie na sad od nich biegą…
Ledwie dostrzegasz w źrenic obramieniu
Dwie pochylone sylwety kobiece:
Ktoś w głębi domu gra… płonące świece…

Gra. Słyszysz skrzypce? Muzyka tęskniąca
Szlocha i z szmerem fontanny się łączy;
Woń nocnych kwiatów falami roztrąca,
A w twoją duszę dziwną słodycz sączy.
Dobrze ci: smętna skrzypcowa muzyka
Wiąże cię z życiem i w wieczność przenika.

A oczy domu wciąż patrzą na ciebie:
Zycie się patrzy z tych wślepionych oczu!
Czuwa—nie wrócisz! Wiatr sadem kolebie,
Puszczyk niekiedy zahuka w pomroczu.
I szum — jakgdyby z pod gęstych konarów
Wracal świat dziecka odżegnanych czarów.

Słysz! struna pękła. Psa urwane wycie…
Cicho… ktoś przeszedł. Okna zwolna gasną.
Zasnęło czujne pogwałcone życie.
Księżyc zalewa ogród falą jasną.
Wróć! nie zaskrzypi próg… nie spotkasz ludzi…
Skrzypce nie westchną… życie się nie zbudzi.

Wróć! Widzisz stare, znajome pokoje!
Zegar uderzył: raz! i znów, jak w trumnie.
Patrz — biurko — noce nieprzespane twoje…
Nowe jest tylko, widzisz, na kolumnie
Twoje popiersie, rzeźbione w marmurze:
Stoi w księżycu białe, zimne, duże…

Twoja twarz. Stajesz i patrzysz w zadumie
Długo na uśmiech marmurowej twarzy,
Twój uśmiech. Wraca w dawnych wspomnień tłumie —
Ostatni — pomnisz? A z nocnych witraży
Pada na marmur miesięczna poświata,
Ze i on zda się być nie z tego świata.

Patrzycie w siebie długo nieskończenie
Z jednym, choć różnej tęsknoty uśmiechem…
W powietrzu słychać prawie to spojrzenie…
Słyszysz! krzyżuje się — przeczucie — z echem—
Dwie złudy. W^ cichej miesięcznej jasności
Patrzycie w siebie — w głąb nieskończoności.

DZIEWANNA
Południe idzie upalne przez wrzosowiska:
Wyschłego ziela oddechy płyną upojne,
Czasami szklarka przelotna pod słońce błyska,
Albo motyle na kwiatach i pszczoły rojne;
Z gęstwiny kwietnej dziewanna dumnie wytryska.

Powietrze żarem drgającym skroś się przesyca,
Jakby niem chwiała koników harmonja szklanna…
Z sosnowych pni gorejących kapie żywica,
A wśród spiekoty słonecznej złota dziewanna
Stoi przegięta, miłosna — jak południca.

Zmora

Leżę pośród olbrzymiej tajemniczej komnaty,
Kędy srebrna fontanna — jak duch — szemrze łagodnie,
Kędy w urnach śnieżystych smolne plączą pochodnie,
A pieszczotą zapachów pozdrawiają się kwiaty…

Na tle świetnych kobierców, w tęczach szkieł staroświeckich,
Cyklameny skrzydlate jak rój białych motyli…
Smętna złota mimoza zadumaną kiść chyli…
Róże krwawe zwisają z marmurowych waz greckich.

Na zmęczone źrenice opadają powieki:
Widzę fale tajemnych szafirowych roztoczy,
Strzał słonecznych zawieję, barwne pawich piór oczy,
Tęcz pogodnych przelśnienia na topieli dalekiej.

Lecz powoli woń kwiatów jadem we mnie się sączy:
Dale dziwów przebiega krótki sen gorączkowy:
We słonecznej spiekocie gaj majaczy palmowy,
Konający powoli od Ijan kwietnych i pnączy.

Jan Bolesław Ożóg

Fiołek

Ach, ten, jak z grobu, wyjazd we dwie złote klacze!
I oto fiołek
spod śniegu na ogrodzie, kiedy płacze
trącony nogą wiatru w płocie kołek.

Stańmy na oddech chwili.
Ta woń! W fiołku pachną brat i siostra, poślubieni z zioła
zielonej Dziedzililii
albo Lela.

Pszczoła z wargi kwiatu
podnosi pełną łyżkę.
Może łez, a może kropli krwawej?
Ta woń! Twe, listku, westchnienie przez pszczelą zadyszkę!

A może to nie pszczoła
przeleciała?
Jedźmy! Wio! Wista! – Nikt nie woła.
A śpiewa tylko zięba. Więc Lelowi chwała.

Jarowit

Ach, śmiech twój z lasu w pole,
gdy się czeremchą mieni gwiazda
i łza zieloną w zielu
krzak!
Nad żyta łan wspinają się kąkole –
i na poziomkę
w bruzdę znad gniazda
szczecią modrzewia sypie ptak.

Z powrotem białe konie w oknie rżą
i z tamtej w moją patrzą stronę,
i ziemia mi jak siostra śpi
i piekło jak brat pokrwawione rzęzi.

Biegają niebem perszerony,
gdy ci się śmiechem zęby
bielą
i hula mi nad wozem trumien kruk,
i topi pod łąkami dzwony,
samiczą wściekłą krwią
z trelem zielonej zięby
rozmaryn opada górom z nóg.

Dymisz zgęstniałą juchą psią
i rzeki płyną z niej zielone –
i róża dzika ci woniami tli
i pieści miękkimi kolcami gałęzi.

Perun

Siarką mu śmierdzi żółty łeb,
U szyi krew, krew czarny skrzep,
Ogniem potrząsa jak z witrażu
I ślepia mu ogromne żarzą.
Błysk, ognia błysk, gdy marszczy brew,
Pałace dymem goni,
Wskazuje miasto, gdzie wsie płona
Palcem ogromnym jak wrzeciono.
Zza liści błyska trupi gnat,
Gdy dmucha w fajkę swą na świat-
I w taniec puszcza się szalony
Z chmurą popiołów w puste strony.

Wampir

Uciekam od wody do wody
I bagnem szaleństwo dźwigam w las.

Wylewa się żółtko ze słonka
Po niebie bielutkim jak jajo –
I krew jest w tej chwili ze złota.

Czerwona rdza z wody szuwarów.

Bielutka już gnije na skale pasturka
I śmierdzą ołtarze jak lilie.

W kapliczce
Pod progiem woń storczyka,
Zielona w źrenicy jaszczurka.

Przyniosę na ołtarz pod dziuplę dębową
Sukienkę z rozdartej panienki.

A może to cicha sarenka?

Ale mi stanąć nie chciała!
Ale pogłaskac mi się nie dała!
Krzyknęła poleciała!

Boża łaska uciekła w łasicę,
Gronostajem popłynęła krew.

Zmierzch

Na białym koniu z białym psem
Marzanna naga
jedzie wolniutko jak do Lela

i na akacje, kiedy kwitnie biało,
ręce zielone kładzie w rozmarzeniu.

W ich kolce, jeszcze nie raniące,
na drugi brzeg zieloną nocą mipowiało.

Mary wieczorne
i wysoka łąka,
a dzień nie doszedł jeszcze –

i białe konie w białych wodach
czarną łozinę przeżuwają.

Pobielał Abel od upływu krwi
i sczerniał Kain od przypływu piekła.

Noc pije dzień,
jak dziewczę chłopca w owsie.

Niebo
na ziemię składa wargi.

Marzanna teraz
nakłada
wieniec akacjowy,
uwity z miękkich cierni,
i zsiada na swój ślub.

Cierń w cierń się z pączków jej na czole czerni,
miękki jak nie cierń, lecz pisklęcy dziób.

Maria Pawlikowska – Jasnorzewska

Nieco o domowiku

Domowik, po japońsku fukurokoju,
Bardzo pożyteczny, gdy jest w zgodzie z człowiekiem.
Lubi mieć co dzień na noc w ciemnym kącie pokoju
Dnem odwrócony spodek ze struclą i mlekiem.

Siedzi cicho przeważnie, z nikim się nie czubi,
Kaftan sobie wyszywa paciorkami i złotem,
– a gdy szczęście chce uciec, jak to ono lubi
To je zaraz za uszy przyprowadza z powrotem.

France Prešeren (1800-1849)

Wodnik

Od dawna Łubianki słynęły z urody,
lecz Urąki powabu nic zaćmić nie zdoła,
jej krasa dziewczęca jak pąk rozkwitała
i podziw niezwykły budziła dokoła.
Jak gwiazda poranna na niebie świetlanym,
tak Urąka jaśniała wśród dziewcząt Lubiany.

Niejedna dziewczyna, niejedna kobieta
płakała z rozpaczy w ukryciu noc całą,
gdy Urąka miłego jej serce zabrała,
bo Urące kochanków wciąż było za mało.
Więc tych, co urodzie jej hołdy składają,
chwytała w swe sieci podstępnie jak pająk.

Umiała obiecać, umiała odmówić,
być bardzo przystępną lub bronić się siłą,
młodzieńców uwodzić, dla starszych być miłą,
w zalotach sekretów dla Urąki nie było.
Umiała wybrańców czarować bez końca,
a tych, co ulegli, z pogardą odtrącać.

Na rynku cienistym, pod lipą zieloną,
dźwięk skrzypiec, cymbałów i trąbek miedzianych.
Niedziela. Z chłopcami puściły się w tany
wesołe i piękne dziewczęta z Lubiany,
a pośród nich Urąka królową się zdała,
lecz z nikim zatańczyć ochoty nie miała.

Niejeden ją prosił, odmawia każdemu,
żartuje i taniec na później odkłada.
Wymówek ma moc, a więc cóż,, trudna rada.
Już słońce zachodzi i zmrok już zapada,
gdy siódma na miejskim zegarze wybiła,
podniosła się Urąka, do tańca ruszyła.

A gdy się ogląda, szukając tancerza,
zoczyła pod lipą junaka smukłego;
pod słońcem nie znajdziesz mu chyba równego –
niejedna by chciała tancerza takiego.
I Urąka chcąc schwytać w swą sieć kawalera,
miłośnie na niego z wyzwaniem spoziera.

Uśmiecha się młodzian, do Urąki się zbliża:
„Chcesz ze mną zatańczyć?”, i jeszcze dodaje:
„Gdzie Sawa się łączy z błękitnym Dunajem,
o twojej urodzie dziś rano słyszałem
i już, piękna Urąko, przed tobą tu stoję
gotowy do pląsów. Zatańczmy we dwoje!”

To rzekłszy młodzieniec pokłonił się nisko,
a Urśka mu za to swój uśmiech posłała:
„Dziś kroku jednego zatańczyć nie chciałam,
chciej wierzyć, naprawdę na ciebie czekałam;
więc podaj mi rękę, niech taniec nas złączy,
bo słońce zachodzi, zabawa się kończy”.

I podał jej rękę dorodny młodzieniec,
i żwawo oboje puścili się w tany,
jak gdyby ich niosły w dal skrzydła świetlane,
jak gdyby ich ciała z mgły były utkane.
I nawet ich śladów nie było na ziemi –
tańczyli jak wiatru porywem niesieni.

A widząc to ludzie stanęli jak wryci,
zamarli z podziwu zdumieni grajkowie,
ucichła melodia przerwana w połowie.
Wtem młodzian zatupał, przez tłum przeszło mrowie,
gdy krzyknął: „Mnie waszej muzyki nie trzeba,
do tańca najlepiej niech śpiewa głos nieba!”

Zakryło się niebo czarnymi chmurami
i grzmot się straszliwy przetoczył w półmroku,
a wicher złowrogi zawodzić jął wokół
i mieszać swe jęki ze szmerem potoków.
Strach włosy unosi, drży ludzka gromada,
och, biada ci, Urąko, och, biada ci, biada!

„0, nie bój się, Urąko, i kroku przyśpieszaj –
rzekł do niej młodzieniec – nie lękaj się grzmotu,
nie lękaj się moich szumiących potoków
ni wichrów przyjaznych, co huczą mi wokół,
lecz śpiesz się i żwawo nogami przebieraj,
bo bardzo już późno, już późno jest teraz.”

„Och, stańmy na chwilę, najdroższy tancerzu,
bym mogła odetchnąć, spoczynek dać nogom.”
„Do białej Turczyzny daleka stąd droga,
gdzie Dunaj i Sawa splatają się z sobą;
tam fale się ciebie nie mogą doczekać,
więc zwijaj się, Urąko, tańcz żwawiej, nie zwlekaj!”

To rzekłszy, jął szybciej z dziewczyną wirować
i razem po mokrej murawie pomknęli
nad brzeg Lublanicy, co w dali się bielił,
i tańcząc zginęli w przepastnej topieli.
Barkarze dostrzegli, jak wir się potoczył,
lecz Urąki nikt więcej nie widział na oczy.

przeł. Igor Sikirycki

Kazimierz Przerwa-Tetmajer

 

Rusałki

 

Od pól rusałki lecą
We mgłach i wód oparach,
Ogniki łapią błędne
Po bagnach i moczarach.

Nad gajem wiklinowym
Taneczny wiją krąg,
A wiatr po łąkach szemrze,
A kwiaty pachną z łąk.

Od pól rusałki lecą
Miesięczną cichą nocą
I łąki rosą srebrzą,
I gaje rosą złocą.

* * *
Od pól rusałki lecą
W perłowych mgieł pomroczy,
A dziecko na nie patrzy,
Otwiera wielkie oczy.

Zdumione patrzy cicho
Na ich taneczny krąg,
A wiatr po łąkach szemrze,
A kwiaty pachną z łąk.

Od pól rusałki lecą,
Miesięczną cichą nocą
I łąki rosą srebrzą
I duszę dziecka złocą.

* * *
Od pól rusałki lecą,
Splatają w locie wieńce –
Skrzydlaty ku nim chłopiec
Wyciąga w górę ręce.

I dusza ma się do nich,
Skrzydlata dusza rwie,
A one zaślnią w blasku,
W perłowej giną mgle.

Od pól rusałki lecą,
Nad chłopca zwisną głową,
Białe doń ciałą zbliżą –
I lecą w mgłę perłową…

* * *
Od pól rusałki lecą,
We mgłach i wód oparach,
Ogniki łapią błędne
Po bagnach i moczarach.

Ujrzały duszę cichą
I nieskrzydlatą już –
Złamane, krwawe skrzydła
Upadły w proch i w kurz…

Od pól rusałki lecą
W miesięcznych blasków fali,
Ujrzały krwawe skrzydła –
I tańcząc lecą dalej.

Aleksander Puszkin

Rusałka

Nad jeziorem w głuchym borze
Umartwiał się mnich sędziwy,
W postach, modłach i pokorze
Kończył żywot świętobliwy.
Już łopatką w twardej glinie
Kopał kornie grób dla siebie
I o rychłą śmierć jedynie
Upraszał świętych na niebie.

Raz tedy latem na progu
Swojej chatynki zmurszałej
Pustelnik modlił się Bogu.
Wokół dąbrowy czerniały,
Mgła dymiła nad falami,
Zwolna płynął księżyc młody
Za jasnymi obłokami.
Mnich na ciche spojrzał wody.

Patrzy z lęku oniemiały,
Sam siebie pojąć nie może…
Widzi: fale zakipiały
I znów cicho na jeziorze…
Wtem… powiewna, pięknolica,
Bielsza od wczesnego śniegu,
Z wód naga staje dziewica
I milcząc siada na brzegu.

Patrzy na starego mnicha
l czesze włosy wilgotne,
A święty mnich drży i wzdycha
Widząc jej kształty zalotne.
Ręką wabi go, milcząca,
Głową potrząsa z oddali,
Wtem – jak gwiazda spadająca –
Ukryta się w sennej fali.

Nocą oka mnich nie zmrużył
I nie modlił się dzień cały,
Czas mu się okrutnie dłużył,
jej wdzięki go czarowały.
Księżyc wyjrzał przed wieczorem,
Na dąbrowach mgła osiada,
Znów dziewica nad jeziorem
Zjawia się piękna i blada.

Posyła mu żartobliwie
Całusy, po brzegu skacze,
W wodzie się pluska leniwie,
Jak dziecko śmieje się, płacze…
„Mnichu, mnichu, do mnie, do mnie!”
Wzywa starca, czule wzdycha,
Wtem w przezroczej fali tonie
I woda znów płynie cicha.

Na trzeci dzień w okolicy
Zaczarowanych wybrzeży
Mnich czeka pięknej dziewicy,
Między drzewami cień leży.
Zorza rozjaśniła wodę –
Ludzie próżno go szukali,
Tylko chłopcy siwą brodę
Widzieli w przezroczej fali.

przeł. Leopold Lewin

Biesy

Pędzą chmury, walą chmury,
Niewidomie księżyc mży,
Na śnieg lotny prósząc z góry;
Mętne niebo, mętne mgły.
Jadę, jadę w dal bezbrzeżną,
Dzyń – dzyń – dzyń dzwoneczka dźwięk,
Strasznie, strasznie w tą noc śnieżną!
Rośnie pustka, rośnie lęk.
„jazda stary!” „dobrodzieju,
Konie ledwie zipią już,
Zamieć mi powieki skleja,

Drogi zmiotło, ani rusz”.
Wokół mrok, choć wykol oczy;
Co tu robić? Będzie źle!
Bies nas, widać, w polu toczy
I kołuje nami w mgle.

Widzisz? Widzisz? W pustce białej
Wyje, wije się i plwa,
Teraz konie oszalałe
Prosto w otchłań jaru pcha.
Tutaj słupem niebywałym
śmignął mi na jeden mig,
Tam świetlikiem błysnął małym
I we ćmie przepastnej znikł”.

Pędzą chmury, walą chmury,
Niewidomie księżyc mży,
Na śnieg lotny prósząc z góry;
Mętne niebo, mętne mgły.
Znów od rowu do parowu,
Sił już braknie, dzwonek zmilkł,
Konie stoją … „cóż tam znowu?”
„kto ich wie: czy pień czy wilk?”

Zamieć wyje, zamieć płacze,
Czujne konie chrapią, rżą,
Teraz już daleko skacze,
Tylko ślepia błyskiem drżą.
Konie znowu się zerwały,
Dzyń – dzyń – dzyń śród śnieżnych wydm;
Widzę – na równinie białej
Zebrał się korowód widm.

Niezliczone, uprzykrzone,
W blasku mdłym miesięcznych mżeń
Biesy kręcą się, szalone,
Jako liście w słotny dzień.
Skąd ich tyle? Dokąd pędzą,
Zawodzące straszną pieśń?
Czy to czart się żeni z jędzą?
Czy uboże zmarło gdzieś?

Pędzą chmury, walą chmury,
Niewidomie księżyc mży,
Na śnieg lotny prósząc z góry;
Mętne niebo, mętne mgły.
Pędzą biesy rój za rojem
W nieprzejrzany śnieżny dym,
Rozdzierając serce moje rozpaczliwym jękiem swym.

tłum. Julian Tuwim

Andreana Radi Radewa

Dziwożona

Stąpam bosa, zagarniam moc ziemi.
Śledzę obłoki, zagarniam ich bezkresność.
Wspinam się na drzewa, zagarniam ich pienność.
Mówię z mrówkami, zagarniam ich pracowitość.
Przysłuchuję się ptakom, zagarniam trzepot ich skrzydeł.
Otom ja wszystka.
Kąpię się w górskich ruczajach
i w górach nocuję sama.
Strzegę jedynie koniczyn dniem i nocą.
Nocą – gdy buduję.
Dniem – kiedy sen snuję.

przeł. Bogdan Żyranik (1974)

Lucjan Rydel

Pieśń topielców

Miesiączek pełny już wstaje, wstaje
Na niebo pogodne,
Budzą się, budzą zaklęte kraje,
Błękitne, pogodne,
Umarłe i chłodne…

Hej, hej! ty biały miesiącu!

Senni, zgłodniali
W mule i w piasku
Pod wodą, na dnie,
Myśmy czekali
Twojego blasku,
Aż się zapali
Na zimnej fali
I w głębie padnie…
Głodni, spragnieni
Twoich promieni,
Twojego mleka,
Co na topieli
Blado się bieli
Skrzy i ucieka…
Gdy się napoim
Promieniem twoim,
Będziem leżeli
Syci, weseli…

Hej, hej! ty biały miesiącu!

Leje się, leje
Mleczna, mdlejąca
Światłość miesiąca,
Iskrami sieje
Po śliskiej fali…
Woda się mieni
Dreszczem promieni
Drgająca…

Z dali, z dali
Wiatrek wstaje
Przez bory, przez gaje
Przez leśne polany
I na tonie
Z cicha wionie
I zamącą
Krąg świetlany
Od miesiąca
W wodzie szklanej
Odbity…

Płyną chmury
Przez błękity,
Przez jasne rozwieje,
A miesiączek świeci zgóry,
Świeci – świeci – a nie grzeje…

Hej, hej! ty biały miesiącu!

Stoi w niebie wysoko
Miesiąc krągły, samotny,
Patrzy jak rybie oko
Martwy, zimny, wilgotny…
Do koła
U czoła

Bladego miesiączka
Świetlista obrączka –
Różana, zielona
Ze mgieł upleciona
Korona!

Hej, hej! ty biały miesiącu!

 

Ljubomir Simović


Modlitwa do świętego Nestora, który ubił strzygę, a z niej się wyległy myszy, jaszczurki, węże i inne plagi


Ubiłeś, święty Nestorze, strzygę
dzięki Ci!
A czy potem spadł nam kamień z serca, nigdy!
Wylęgły się z jej trzewi myszy,
utopce, węże i wszelka zaraza,
nie wiesz, kiedy węża pod poduszką znajdziesz,
kiedy mysz łyżką dźwięczy po talerzu,
kiedy topielec chlebem się podzieli,
możesz paskudztwo łopatą zamiatać,
cedzić w wodopoju, spadają nam z nieba,
to wszystko, co śmierdziało nam na jednym miejscu
grozi i śmierdzi nam w tysiącu miejscach!

Zabierz sobie, święty Nestorze, węże,
jaszczurki, myszy, ślepaki, utopce,
skorpiony, zarazę wszelkę, do dzbana,
odnieś skorupę na sam szczyt urwiska,
wytrząśnij wszystkich nową strzygę przyrządź,
tak wielką, jak była, może nawet większą!

Z utopcem przy ustach, z wężem na ręce i nodze,
ze ślepakiem na oczach, ze skorpionem w nozdrzach,
przy żabie nie ma miejsca dla owcy i psa,
żelazozębną i stugłową, prosimy,
święty Nestorze, wróć nam starą strzygę,
wybaw nas!

Poezja 1987/3,71-2

Bolesław Soliński

Światowid

Piękna jest wiosna nad rzeką
falista struga oddechu
wyrosłem tu i czekam
powrotu echa

Rzeźbiona twarz z dębu
spojrzeniem brzeg obejmie
nie przejdą tu nie przejdą
przelecą tylko gołębie

Stoję słupem bez siły
nad wspomnieniem rycerzy
deszcz mi zmarszczki wyrył
książyc głowę posrebrzył

Matka przychodzi z dzieckiem
starzec pochyla głowę
wyrosłem w lesie i jestem
wszechobecny dębowy

Nie jestem wiatrem
bym z gołębiami rozmawiał
lecz jestem drzewem
co słońce żegna i wita
nim głowę z horyzont złoży
pogodę deszcz noc i dzień chwalę
na cztery strony świata
ziemię i zboże

Bogdan Suski

Płanetnik

Ziemia sie jesce ciesy wiesnom,
kie on juz leci w gmy odzioty,
w powróseł złoć związany bez pół,
z wiatru jazgotem…

I łomiom mu sie w mierwie włosów
iglic i chraści zółte klińce,
kie leci on… płanetnik bosy
z chmurami wody w pojedzińce.

A mo, jak niebo siwe ocy,
co ś nimi w jasnom patrzi cyste,
jaze sie worzom z wiatru świstem
góry i niebo, las i gmy.

I musi, choć mu ludzi luto,
chmurami tysić w słónku ogień
i walić na świat desc i plute,
bo tak kazały bogi…

I musi… hej… na ziemi wse,
choć bunt mu kipi w piersiak suchyk,
jak pies zakuty w łańcuk, słuchać
i w cłecem sercu, ni mieć krwie…

Patrzeć, jak siąpiom ziąb i desce
i wody, wody idom dołu,
jak śmierzć topieli w zywe klesce
ziemie opletła dookoła…

Hej, juz nie pódzie gmom pijany,
z ozkozu bogów nieść niedole…
Budzi sie cłowiek – Bogi jasne
pisom mu twardy sąd na cole.

Wieści 1958/28,4

 

Józef Szujski

Miawki

Łan zbożowy i południe,
Chmurki na niebie nie ma,
Cudnież w bożym świecie, cudnie!
Jak tylko sięgniesz oczyma,
Fale szumią bujnych kłosów,
Przepióreczka woła żniwa,
A skowronek u niebiosów
Ciągle śpiewa, śpiewa, śpiewa.

Położę się w bruździe – ocienią mię kłosy,
Koło mnie las zboża, nade mną niebiosy.
Trzymane kłosami, jak kościół wspaniały:
Kąkole i maki, ostróżki, bławaty
To niby kapłanki, przybrane w ornaty –
A polne koniki, to niby lud boży,
Te będą pacierze szeptały.

Półsenny spoczywam i słyszę, jak rosną
Ku niebu te łany zbożowe,
Harmonią świerszczyków niesione radosną;
Rozumiem czarowną ich mowę,
Rozumiem, jak w tajnym przyrody warsztacie
Wiruje coś pracą tajemną,
A bławat i maki w kapłańskim ornacie
Chylają się cicho nade mną.

Wiatr wieje, a kłosy szeleszczą, szeptają
W uroczej, miłosnej harmonii
O plonie coś przyszłym, o żniwie gadają,
A w dali kościelny dzwon dzwoni:
Więc świerszcze znów chórem zaczęły pacierze,
A szumem wtórują im łany,
I ptaszę podobnie zapiało znów szczerze,
Ach! pięknież tu, Boże kochany! –

I dumam półsenny, jak dobrze to będzie,
Gdy ludzie obfity plon zbiorą,
Gdy rolnik wesoło na przyzbie zasiędzie
Wieczorną, jesienną gdzieś porą.
I dziatki rumiane zasiędą za stoły –
A pieniądz, gdy będzie w kalecie,
Jedynak najstarszy pojedzie do szkoły,
I będzie czemś większem na świecie!

Chylają się kłosy, chylają bławatki,
Wiatr szumi i słońce dopieka,
Gdzieś w dali migają piastowskiej czeladki
Siermięgi i jasne pancerze.
Ciężeje mi senna powieka,
Toć zasnąć chętka mię bierze.
Śpię smaczno – z kielicha kąkolu,
Z maku purpury
Coś miga, coś rośnie,
Podnosi się do góry:

Dziewczęta jakieś dziewczęta
Migają mi po polu.
Niebieskie mają oczęta,
Oczęta patrzą miłośnie,
Czarodziejskie w oku blaski,
Płowe włosy
W długie upleciony kosy,
Na głowach z kłosów wianki,
Cudowne zioła i trawki:
Znam was moje kochanki –
Wy miawki – wy miawki – wy miawki.

Mówią: Pójdź z nam, pójdź z nami –
Przepiórczemu głosami.
– Idę, idę boginie!
Nigdym ja nie odmówił
Czego pięknem dziewczynie.

Szybujem przez żyta fale,
Szybujem przez fale pszenicy,
Żyto kłania się jednej,
Pszenica drugiej dziewicy.

Przechodzimy przez łąki,
Przechodzimy przez gaje,
Aż przed chatą bieluchną
Miawek para staje.

Cudo! cudo zaiste
Goplańskie szumią fale,
W goplańskim jeziorze
Zwierciedli się zamek wspaniale.

Hm! to zamek Popiela,
Rzeknę dziejów świadomy,
Tu zjadł go ród myszy,
Na krew zbrodnia łakomy.

I tu Piast ma bociany
A lipy koło dachu –
Czemu raczej nie mieszka
W króla Popiela gmachu?

Zbudzon z marzeń o Piaście,
Widzę kmiecia na łanie,
– „A czemu ty mnie żyto
Potłamsiłeś, kochanie?” –

„Nie wiesz, że to dar boży
I rąk ludzkich praca,
A waść się w niem położy,
Wniwecz pracę obraca!” –

Uciekałem co siły –
A gdym dopadł na miedzą,
Patrzę – w życie na boku
Obie miawki znów siedzą.

I wołają: paniczu,
Jeśli dobra chcesz ludu,
Marzeń na to nie trzeba,
Trzeba pracy i trudu!

(Zorza, 1868)

Aco Šopov

Zmora

Tutaj się sama rodzi i gaśnie, zda się ucieka,
Ogromny kamień. Blizna. Milcząca tajemnica wieczora.
Wiosna jest jej matką i macochą złą, co nas urzeka.
Popiół znów i sny popiołów. Zmora.

Wypijają ją susze i deszcze czarne ją cedzą.
I dzień, i noc ją zrzucają, wszystkie raz po raz,
A pod jej korą w kręgosłup wieźć się biedzą
Stwardniałe dzikie mięso i namiętność skora.

Tu wichry świszczą i czarne cienie się wiją,
Tu pierwsza zbrodnia i kara, sprawiedliwości wyroki,
Tu i człowiek, i zwierz w jednej norze się kryją
I dziecko stawia swoje pierwsze kroki.

Głęboki i gorzki korzeń rodzi chleb, cierpki, stwardniały,
I dlatego jest suchy i słodki, piecze, jest ciemny i gorący.
Pieśni, jeśli cię dotknie jakiś pustelnik omdlały,
Przyjm go, niech będzie tak samo jak ty, płonący.

O, różo w gardle, żmijowe grona w śpiącej wardze,
Ugryzie dzikus krew, w której sam tonie,
O, ziemio trucizn śmiertelnie smakowitych,
Kamień toczy się w ogień. Gore! Gore! Płonie!

Tu rodzi się wszystko, to znów gaśnie – ucieka.
Ogromny kamień. Blizna. Milcząca tajemnica wieczora.
Wiosna jest jej matką i machocą, co nas urzeka.
Popiół znów i sny popiołów. Zmora.

przeł. Zygmunt Stoberski

Teresa Truszkowska

Marzanna

Sam topisz własną śmierć
patrząc jak spływa w dół
W dół z prądem wszystkich zmian
z wiatrem wszelkich pożądań
z cierpliwym przenikaniem
przez szczelność spraw –

Własnoręcznie zanurzasz tę kukłę
słomianą wyprutą z twego wnętrza
Tę nic nie znaczącą konkluzję Ten kres
co niczego nie kończy

A ona płynie oderwana Na płask
jak śnięta ryba Bez oczu
Bez języka Bez uszu
do słyszenia –

Sam topisz własną śmierć
By wyrok się spełnił A ty wolny
wolnością co ciało odmładza
wciąż odnawiasz się Rośniesz
przejrzysty i cały –

Julian Tuwim

Z Uroczyszcz

1

Twarde łono ku słońcu czarna ziemia wzdyma,
świt… Niebo świeże blaskiem różowym gorze …
Jakiś tytan słowiański z jasnymi oczyma,
Poganiają dwa woły, ciężko ziemię orze …

Bruździ pług ziemię w skiby… Cierpi ziemia święta
Wielkim bolem rodzenia … A plon ma dać żyzny,
Bo krwią ojców gorącą cała przesiąknięta,
A ojce żywot kładli w obronie ojczyzny…

Orze tytan … A szczęśliw, iż zaczął ze świtem!
Wtem … Lemiesz w coś twardego uderzył ze zgrzytem,
Tytan patrzy – powstaje dni minionych groza :

Piszczele, miecz złamany i szabla mongolska …
… Jakaś mi się lechicka śni apoteoza,
I, jak obuchem w głowę, uderza myśl „polska!”

2

Hej! Poszli raz Sławiany
Na pola, za kurhany,
Mgły się po łąkach kładą …
Oj – dido oj – Łado!
Ogniami pole błyska,
Skakali przez ogniska,
Aż świt zapłonął blado …
Oj – dido oj – Łado!
Skakali i śpiewali,
Aż przyszli starce biali,
Aż przyszli starce z radą …
Oj – dido oj – Łado!
„wróg zbrojne woje wiezie,
W bój mus wam iść, witezie!”
Już na konikach jadą …
Oj – dido oj – Łado!
A rankiem w zagród progi
Sławiańskie przyszły bogi …
Zebrali się gromadą …
Oj – dido oj – Łado!
I święty znicz zgasili,
I miecz nań położyli …
Oj! Mieczów cudna włado!
Oj – dido oj – Łado!

Bylina

W wymyślonej mowie polsko-słowiańskiej pisana

Hań! Pojechał kniaź na jar,
Jasnowłosy Swietozar,
Jasnohławy grodu wodzic,
Cząd słowiańskich krzepki rodzic!
W swarogowy słońca żar
Jedzie, jedzie Swietozar!
Na jarzęcej zwiesny łęg
Przed Bożycem – słońcem klękł,
(tekst urwany)

Perun

Przyszli – i siekierami rąbać go zaczęli,
I rzucili na ziemię, plwając i złorzecząc,
I przywiązali do końskiego chwosta,
I w cwał puścili konia…

Dumny bóg milczał. Podskakując śmiesznie,
Wlókł się i tarzał po ostrych kamieniach,
Szargał oblicze swoje święte w błocie…

A tamci stali, mściwie i bezradnie,
Z zaciśniętymi zbielałymi wargi,
Stali w milczeniu, choć gniew w piersiach kipiał
Jak war gorący…

Aż, kiedy oczy podnieśli do góry
I zobaczyli, że tak samo świeci
Słońce, jak wprzódy, że tak samo niebo
Pogodnie świtem wiosny błękitnieje,
Że na ich głowy z przekleństwem nie spadło,
Ze nie rozdarło się gromem błyskawic,
Szaty na sobie podarli rozpacznie,
Na czarną ziemie z krzykiem rzucili,
We włosy dłonie wkręciwszy z skowytem,
I płacz im buchnął z rozbolałych piersi,
I łbami tłukli o kamienie twarde
Z rozpaczy strasznej po straconym bogu!

Oj-jej! Oj-jej!
Nie ma go! Nie ma! A był!
Zostawił nas, zostawił!
Oj-jej! Oj-jej!
Nie pękło niebo nad nami,
Nie pękła nad nami ziemia!
O, w doli złej
Komu się żalić będziemy?
Komu swe skargi niesiemy?
Oj-jej!
Perkunas!
Ratuj nas!
Naści cielę! Naści źrebię!
Naści owiec czworo!
Damy ci siebie!
Jeno się ozwać chciej!
Ale cię nie ma, nie ma!
Perkunas! Perkunas!
Oj-jej!
Snadź nazbyt nisko całopalne żertwy
Niosły swe dymy w górę!
Snadź mało ci było krwi!
Czemu się sierdzisz na nas?
Na kogoś nas ostawił?
O, czemu żeś zezwolił
Tarzać po ziemi świętość
Twarzy twej?
Oj-jej!
Ratuj nas! Perkunas!
Jakże się teraz ozwie
Grom w niebie?
Jakże się teraz odważy
Kto w las iść nocą?
Komuż się modlił będzie?
Komuż da owce a woły?
Nie pękła ziemia pod nami!
Nie pękło nad nami niebo!
Gdy cię ich siekier powaliła chłosta,
Gdy przywiązali cię, boże, do chwosta,
Po ziemi wlokąc! – – oj-jej!…
Nie będą rodzic niewiasty!
Zboże nam grad wytłucze!
Wyschną bijące klucze!
I ciemno będzie! I ciemno będzie!
Perkunas! Perkunas!
Wyniosły, dumny, niedostępny boże!
Pewno już jutro nie zaświecą zorze!
Pewno już jutro będzie czarny mrok!
I tak za rokiem rok! I tak za rokiem rok!
Ratuj nas! Ratuj nas!
Ach! Ach!
Czemuś ich, boże, gromem nie powalił!
Czemuś ich, boże, na popiół nie spalił?
Przeć jesteś mocny!
Przeć groźny jesteś!
I wszystko możesz!
Padł na nas wielki strach
W tej naszej doli złej!
Oj-jej! Oj-jej!
Ach!
Perkunas! Ratuj nas!

————————————–

A na dzień drugi – słońce znów świeciło
I znów ćwierkały po olszynach ptaki,
I kołysały się złociste pola
Odwiecznym rytmem…

I jeno oni strasznie się zmienili:
Osłupiałymi patrzyli oczyma,
Ze ani niebo nie pękło nad nimi,
Ani nie pękła ziemia urodzajna,
A słońce w chwale świeci, oślepiając,
Jak zawsze, oczy…
I popędzono ich, jak bydło głupie,
Na święte wzgórze, gdzie był bóg straszliwy,
Dumny, potężny, mściwy bóg błyskawic,
I gdzie, miast niego, w strasznym majestacie
Umarły człowiek wisiał na skleconych
W kształt krzyża drągach…

I pokropili ich święconą woda,
Mówiąc: ja ciebie chrzczę w imię bóstwa w trójcy:
Ojca i syna i świętego ducha,
Bóg się narodził…
—————————————————
O, czemu żeście, okrutni zwiastuni
Nowego słowa, spotwarzyli boga?
O czemu żeście, zaślepieńcy wiary,
Dali mi tylko człowieka, miast boga,
Co przecież bogiem, bogiem był prawdziwym
– straszliwą mocą!!!!

Igrzysko

Złotozaprzężny rydwan przemknął
Przez mój gościniec twardobity…
Na zaróżowione jutrznią szczyty
Spoglądam dumnie…
„witaj słońce!
Oto hełm wdzieję srebrnolity
I w szereg stanę, gdzie obrońcy
Zamku czarnego zwarci stoją…
Pojadę, bracie, po dumę moją!
Pojadę, bracie, po moją moc…
Już mnie gorący bachmat czeka,
W uwięzi mleczne trzyma skrzydła,
Daleka droga mi, daleka,
Już niecierpliwie swe wędzidła
Gryzie… A zanim przyjdzie noc,
Musimy wroga z dumą pokonać,
Z zwycięstwem wrócić – lub skonać.

A wróg potężny, a wróg mocarny,
A my słoneczni, a zamek czarny!
Pojadę, bracie, po moją moc…
Blaskami strzelisz jak tysiąc proc…
Przez białolśniące słoneczne dnie,
Przez mroki nocne, przez gwiezdnych mgławic
Zawoje – wzlecę rojem błyskawic!
Złotozprzężny rydwan mknie
W dal – na igrzysko bohaterskie,
Bo w świecie walka, i bój i ruch!!”
———————————————————
———————————————————
Przez katakumby moje rycerskie
Przebiegł z pochodnią wielki duch.

Klechda

Słowo jest w was i sława, słońca słodycz miedźwiana,
A chodzicie za pługiem z świętą myślą o ziemi,
Czołem, Piasty-olbrzymy! Bo jest ziemia zalana
Potem trudu ciężkiego, krwią i łzami waszemi!

Idą wieki sędziwe, utrudzone mozołem,
Wstaje słońce niezmienne, cuda czyniąc odwieczne,
Więc kłaniajcie się słońcu, w glebę bijąc mu czołem,
Mądre syny Dadźboga, polskie Piasty słoneczne!

A gdy pracę skończycie, kiedy zbrużdżą lemiesze
Czarnoziemne zagony, modły stare odsłużcie,
Na pierś gleby padnijcie w wielkiej, świętej uciesze!

I do serca dłoń twardą, spracowaną przyłóżcie,
Jak niewiasta, gdy w łonie drgnienie syna poczuje,
I słuchajcie: moc ziemi w głębinach miecze wam kuje.

Zaślubiny

Pod palącymi słońca białego błyskami,
Na polu rozbrzęczonym złotych much kapelą,
Gdzie w dali las błękitny horyzonty plami,
A z boku chatek wiejskich czeredy się bielą;

śród ziół i kwiatków bożych, co niosą niebiański
Hymn woni, słoneczności i zieleni świeżej –
– Piast odwieczny, mocarny polak prasłowiański,
W półśnie, po pracy ciężkiej, w odpoczynku leży…

Wyciągnął się, wyciągnął po ziemi wiosennej,
Czuje krągłość jej ciepłą pod dłonią zmęczoną,
A ona ,w obfitości pełnej, życioplennej,

Oddycha, ciężko wznosząc swe dziewicze łono…
I zwarci, rozkochani w słońca złotej zorzy,
Nie wiedzą, że najświętsze misterium się tworzy.

Pieśń dożynkowa

Świętowicie! Świętowicie!
Modrzał chaber w złotym życie,
Modrzał kąkol, Świętowicie,
A my żyto zżęli!…
My z dodoli rębo zdjęli,
My gzło zdjęli ze lnu tkane,
My dodolę owinęli
W kwiaty słońcem malowane…
Ustroili my dziewicę
W macierzankę i bylicę,
W lubczyk, wrotycz, nasięźrzały
W wonne wrzosy,
W złote kłosy,
W powój niski, w powój biały,
W sine chabry i kąkole,
A zawiedliśmy ją w pole,
A polali ziemię wodą,
Aj do – do – do, aj, dodole!
Aj dodole! Dodo – dodo!
Niech da ziemia na początek
Pełny żyzny z pól użątek…
A my zboże z pól zebrali,
Młynarzowi zboże dali,
Białogłowom mąkę dali:
Ach, wy dobre białogłowy,
Kołacz pieczcie nam miodowy!
Świętowicie! Prosimy cię!
Daj nam szczęścia, Świętowicie!
Stańże który za korowaj,
Stańże który, jeśli duży,
A korowaj nasz niemały,
A ty zboże nam zachowaj!
A korowaj nasz duży,
Niech ci dobrze posłuży,
Ty nam szczęście zachowaj!
Czy ty widzisz korowaj?
A czy widzisz, co za nim?
A jak widzisz – dobrze baczysz,
Na rok przyszły – nie zobaczysz!
Kołacz miedżwny przynosimy,
A pląsamy, a tańczymy,
A śpiewamy, prosimy cię:
Daj nam szczęścia, Świętowicie,
Aj da, maju, maju, maju,
Aj da, duży krowaju!

Epos

Może to dzwonią dziwodzwony,
Może to gonią dziwożony,
Może przez jary , przez chojary,
Gna koń straszliwy, koń szalony?

Niebo przerzyna sierp złotawy,
Szklą się w głębinach czarostawy,
Brzęczą fruwieńce, nocne cieńce,
Tańcem trącają zielne trawy.

W róg zadmie głucho ciemny strzelec,
Ozwie się cielec czarnobielec,
Wyjdzie kosmaty, trawy skrwawi,
W miesiąc rogaty ślepia wstawi.

Zawyje dziko bestia święta
A burzą wieków się rozpęta!
Hej! Ojcze byku! Słyszę! Słyszę!
W zodiaku gwiezdne rżą zwierzęta!

Wanda

z cyklu „Słopiewnie”

Woda Wanda wiślana
głazi głębica srebliwa
Po ciemnurzu pazurem
Wodzi jaskro księżawiec
Sino płynie dno śpiewa
Woda Wanda ruślana
Czesze włosy świetłodzie
Topiel dziewny kniaziewny

 

Maryla Wolska

Święto Słońca

Poszli wszyscy mokrymi łąkami ku zorzy,
Poszli wszyscy w szalach odświętnych przez łan…
I ponieśli do chramu daleko,
Kadzielny bursztyn i miód,
Jagody kraśne i mleko
I w cienkie owite płótno
Chleby ofiarne, z białej, pszennej mąki…
Słyszałam skrzypienie wrót
I pieśń ich smutną
Od łąki…
Słyszałam, jak płonki trzęśli
Z domowych drzew,
I jęk słyszałam gęśli
Branych ze ścian
I śpiew…
Poszli wszyscy w odświętnych szatach przez łan.
A oto ja zostałam w domu
I nie pójdę…
Nie pójdę jodłowym lasem,
Nie pójdę, słoneczny boże,
Z dziewanną i bylicą do twojego chramu,
Ani łąką zroszoną,
Ani jarem chłodnym
Nie pójdę…
Pomnę, gdy ostatni raz
Z miodną obiatą
Szłam przed twój głaz,
Na polach złote, zbożne było lato…
Rannym, rzeźwym chłodem,
Nim błysnął wschód,
Korowodem
Szli biali włastowie ze wsi,
Za nimi lud…
Szli wszyscy, mokrymi łąkami ku zorzy,
Szli wcześnie, w szatach odświętnych, ze śpiewem.
W ręku dań kwietna woniała im zżęta
I blade piołuny chwiały się goryczne.
A oni szli prosto w słońce polami,
Wysokich zbóż miedzą, w bród,
W poranek Święta…
Wtedy ostatni raz
Z miodną obiatą szłam przed twój głaz,
Słoneczny, młody,
Złotowłosy boże!
Jak dziś — w ranne, rzeźwe chłody.
Przez zboże,
Szli biali włastowie ze wsi,
Za nimi lud
Korowodem,
Do skalnych wrót…
A podle chramu,
Przed rzezaną bramą świątnicy,
Nad mszystą darnią traw,
U świętych wód źródła,
Czarne dęby grały szumem liści,
A nad kędzierzą dębów,
Po czystym niebie,
Śnieżne, letnie obłoki
Szły wpław…
I rozwarła się brama
I ciżba przeszła mimo biała
I nie widział nikt —
I nikt nie obejrzał się wstecz
I nikt nie wie do dziś,
Żem u zdroja tam — została
Sama…
Dęby czarne, święte drzewa strażnicze,
Szumiały dostojnym gwarem
Nade mną,
Podczas gdy oni, w głaźnej pieczarze chramu,
Palili bursztynowe głownie
I ziarna pszenne ciskali w żar
I w ciężkich dymach
Składali ogniową obiatę…
Obłoki letnie, śnieżne obłoki pogodne,
Płynęły skrzydlatym stadem
Nade mną,
Podczas gdy oni, w dumnej czeluści gontyny,
Przed kamiennym obliczem boga,
Na wilgotnym podłożu świątnicy,
Kładli chleby ofiarne
I w słońcu bielone płótna…
I południe paliło się nade mną
Dyszące,
Podczas gdy oni, u stóp zimnego głazu,
W śpiewie trwali i w dymie…
I nikt z kornej ciżby nie poznał
I nikt z rzeszy białej nie widział,
Że bóg słońca wyszedł do mnie,
Pod czarne szumiące dęby,
Nad czujną źrenicę zdroja,
Że nie masz go nad ogniem obiaty,
Że go już nie masz w chramie,
W ciemnej, dymnej, wilgnej pieczarze świątnicy…
Że oto w skwarną, słoneczną biel,
Wieńczony w ciężkie kłosy,
Szedł ku mnie łąką jasny bóg Lel,
Bóg młody, złotowłosy…
I nikt nie widział go prócz mnie
Gdy szedł w dębowe chłody
I stało wszystko wkoło jak w śnie
U brzega świętej wody…
I oto w skwarną południa biel,
Wieńczony w ciężkie kłosy,
Mówić jął do mnie jasny bóg Lel,

Bóg młody, złotowłosy…
«Słysz!
Ja bóg pogody i bóg znojnych cisz,
W tę świętą upalną godzinę
Dziś mówię do ciebie — sam!
Ostatni raz za mną bram
Skalne się zwarły wierzeje,
Kamienny opustoszeje
Mój chram…
Przemijam —
Słysz!
Nieraz w ten próg z obiatą,
Od siół tu wejdzie piesza,
Z owocną danią rzesza —
Na nowe zbożne lato,
Na głazach twarzą lec!
Niejeden jeszcze raz,
Pieśną w piekielnym dymie,
Milczący mój głaz
Ogędzie —
I nieraz we łzach opłacze me imię,
Lecz mnie już nie będzie,
Wiedz!
Ja bóg pogody — i cisz,
Odchodzę —
Słysz!
W cień wsteczny idę i mrok,
Bogowie po mnie i wodze,
Witezie nowi i woje —
Przyjdą — słyszę już krok!
Zachodzą czasy moje
W mrok…
Pójdź, na odchodne,
W tę zgłuchłą żarem godzinę,
Ty ust dziś moich weź żegnanie chłodne
Nim minę!
Chodź! Niech z usty twojemi
Zewrę moje pocałunków nienawykłe usta,
Usta czyste jak żaden kwiat
Na ziemi,
W mrocznym chłodzie skalnej mojej świątnicy
Ostygłe…
Pójdź! Na odchodnym,
Pocałowaniem chłodnym
Moich ust,
W tę świętą, upalną godzinę,
Wetchnę w duszę twoją mój mierzchnący blask
I dziwy śmiertelne opowiem twemu sercu
I oczy twoje nauczę guseł
I minę…»
. . . . . . . . . . . . . .
I byłeś jak jawa i byłeś jak sen,
A usta twoje pachły żytnim chlebem,
A włosy twoje miały barwę miodu,
A z oczu twoich szły blaski źródlane
Krynicznych den…
I żytnim chlebem pachły twoje usta
I drzewa święte szumiały nad nami
I słońce złote stało nad dębami —
A tam — pieczara chramu była — pusta…
Słyszałam, jak płonki trzęśli
Z domowych drzew,
I jęk słyszałam gęśli
Branych ze ścian
I śpiew…
Poszli wszyscy w odświętnych szatach przez łan.
A oto ja zostałam w domu
I już nie pójdę.
Nie pójdę już, słoneczny boże,
Jodłowym lasem,
Z bylicą i dziewanną do pustego chramu,
Ani łąką zroszoną,
Ani jarem chłodnym,
Nie pójdę…

Płaton Worońko

Ja jestem tym, co mosty rwał…

Ten, który goble rwie…
Łesia Ukrainka

Ja jestem tym, co mosty rwał.
Jam się nie skrywał w skalnej grocie,
Wiekowych dębów szumu nie słuchałem,
Lecz w partyzanckim szałasie leżałem,
Przykryty liściem purpurowym.
W trawy pożółkłe i zdeptane,
W kwitnące kwiaty, rude osty
Płynęła krew. Z obliczem siwobrodym
Pytał mnie lasu duch: „Czy poniszczyłeś mosty?”..
„Tak”…”
Wtem pochyliła się nade mną
Piękna Rusałka. Całą noc siedziała,
Pas karabinu biegł skośnie przez piersi,
Mgła delikatnie ją w welon otulała.
Westchnąwszy, tak Rusałka zaśpiewała:
„Czemuż by o to zapytać nie można?
Przecież pytała nawet dzika róża:
– Czy jestem piękna?”
A jesion do niej swoimi listkami:
„Ty najpiękniejsza jesteś między nami” –
„Tyś najpiękniejsza, tu pomiędzy nami,
Uratuj mnie,
Bo nad Prutem błękitnym
Zostały mosty jeszcze nie zburzone,
Po których pełzną
Złe, okrutne, dzikie
Węże zielone.” –
„Może przyniosę ci zioła balsamu,
By przegoniły twojej śmerci mary.”
Przyniosła ziele, przeszukała łąki,
Wybuch poszarpał przęsła i filary.
Na podkarpackie strome brzegi rzeki
Runęły w groźnym, radosnym jazgocie.

Ja jestem tym, co mosty rwał.
Jam się nie skrywał w skalnej grocie.

przeł. Włodzimierz Segal

Andrzej Zaniewski

Światowid

Wieczność rodzi się i umiera
w każdym człowieku.

Światowid układa do snu
rozespane magnolie
a z ginącego słońca
wyciąga za włosy
cienie księżniczek
zielone jak jabłka
wiszące w cieniu czerwonego muru.

Nie pytam nieomylnego bożka
o sposób przypinania skrzydeł
i unoszenia się w powietrze.

Boję się, że jego wskazania
będą zdradliwe jak godziny
niepokoju i niepewności.

Moje dłonie dojrzewają do słów
które zrozumiałem dawno.

Czas zbliża się ku nim
bojaźliwie i ostrożnie
omija niepotrzebne światła
jaskinie i wąwozy.

Wolność – krzyczy niebo
zamknięte na złote kłódki mew

Wolność – krzyczą wszystkie drzwi
zarośnięte jasnymi powojami miłości

Wolność – krzyczę prosto
w poczwórne oblicze boga.

(Poeci pomorscy…, s. 85).

 

Kazimiera Zawistowska

Lato

Jak stół biesiadny żeńcom podany
Ziemia w przededniu wielkiego żniwa,
Złotą symfonię słońce dogrywa,
Strun mu tysiącem rozchwiane lany,

Wian zbóż, szafirem chabrów dziergany,
Zwichrzonych kłosów złocista grzywa,
Struną mu miodna hreczana niwa,
Mleczy gościniec skrzydłem pszczół tkany.

A po ugorach stoją dziewanny,
Cicho wpatrzone w szmat nieba siny.
Niby kapłanka białej Marzanny,

Kwiatem wyrosłe z gruzów gontyny,
W pieśń zasłuchane ona przedwieczną –
Polną i zbożną – kwietną – słoneczną…

Emil Zegadłowicz

Marzanna

Kiedyż się wysnuje, kiedyś się skończy
nić z mego kołowrotka? –
kiedyś przystanie w samodziałowej opończy
przy progu dębowym śmierć słodka? –

Zadzwoni osełka w lśniące kosisko –
oddźwiękną góry echem! –
– ach, to już tak blisko, tak bardzo blisko? –
ubiorę się z pośpiechem – –

Już jestem gotów! – chodźmy! – a gdzież pójdziemy? –
nie pytaj! – chodź ze mną – daj rękę! –
Zimno! – świat nagle taki głuchy i niemy – –
jak przez mgłę widzę ukochaną sosenkę –

żółkną jej dolne gałązki…
Sosno! – bądź zdrowa! –
A tu już szlak stromy i bardzo wązki –
i okolica zupełnie nowa – –

Pustka – jeno kilka kwiatów na zboczach świeci
i patrzy – zupełnie tak jak oczy;
patrzą kwiaty jak ongi moje małe dzieci…
Ciemno – przestrzeń się mroczy…

Śmierć rzekła: „do widzenia” – minęła skały;
– góry olbrzymie, góry, skrzyżowane drogi, rozstaje – –
– przystaję znagła struchlały –
dróg nie rozpoznaję –

Noc – pustka – chłód! – w rozpaczy
konam po raz drugi w tej strasznej biedzie – –
wszystko – wszystko jest inaczej – –
dróg tyle! – któraż do Boga wiedzie – ? –

Flora caritas sofia. Posągi i poezje, Poznań 1928, 15

O wodniku i nieoczywistej

– kolebie się woda
strugą wiślaną –
przejutrzyła zawczoraj
dzisiejsze rano –
– wywodnił się wodnik
topielec zielny –
zaplótł dwie ścieżyny
w zwitek kądzieliny –
– podrzuca i chwyta –
(- prycha i sapie -)
niebieską panienkę
na żabiej łapie –
„- jam twój a tyś moja
panno zielona
odciąłem cię wczoraj
z zbójego dzwona -„
„- niebieska, zielona –
nijaka przecie –
jam moja – niczyja
na całym świecie –
świadczę się dzwonnicą
mułem i glistą –
trzymasz ty mnie inną
nieoczywistą –
– plusk wody pstrążystej –
tu i tam kamień –
już ty mnie we ważkę
koniecznie zamień -„
– kolebie się woda
strugą wiślaną –
przejutrzyło zawczoraj
dzisiejsze rano –

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s