Mitologia na wesoło, czyli „Bogowie Słowian. Bóstwa, biesy i junacy” T. Kosińskiego

Jeśli ktoś interesuje się dawną Słowiańszczyzną, czytał coś o mitologii/religii Słowian, np. „Mitologię Słowian” Aleksandra Gieysztora czy „Religię Słowian” Andrzeja Szyjewskiego i wydaje mu się, że mniej więcej wie, jakie wierzenia mieli przedchrześcijańscy Słowianie, niech czym prędzej wyrzuci tamte książki i zapomni o wszystkim, co tam napisano, bo oto…

W 2019 roku nakładem Wydawnictwa Bellona ukazała się książka „Bogowie Słowian. Bóstwa, biesy i junacy” T. Kosińskiego. Autor reklamuje ją jako „nieakademickie”, nowe podejście do wielu spraw związanych z rodzimą wiarą naszych przodków. Ma to być ujęcie interdyscyplinarne, oparte na najnowszych odkryciach naukowych z wielu dziedzin – historii, lingwistyki, genetyki. Co oznacza w tym wypadku „nieakademickie”, a co „nowe”?

W książce mamy omówienie postaci słowiańskich bóstw i innych postaci mitycznych. Pierwszy rozdział „Słowiańscy bogowie i demony” zawiera opisy Świętowita, Swaroga, Pripegali, Roda/Rodzanicy, Krodo, Roka, Trzygłowa, bóstw solarnych (Bielboga, Swarożyca, Darzboga, Peruna, Jarowita-Jaryły, Jasza, Re, Radagasta, Mitry, Rujewita, Żywie, Łado/Łady, Lela/Polela, Pogody/Podagi, Doli/Niedoli), lunarnych (Czarnoboga, Welesa, Porewita, Prowego, Chorsa, Spora/Sporysza, Nyji), Boginię Matkę Ziemię (tu opisy Dziewanny-Siwy-Dziewy, Marzanny-Mary-Moreny, Dzidzileli-Leli-Baby-Cycy-Dodoli, Mokoszy, Porenuta) i innych bóstw znanych ze źródeł (Strzyboga-Pochwista-Pogwizda, Semargla, Kupały, Kolędy, Kostromu, Perepłuta-Przepląta, Flinsa, Hamboga, Usłada, Lutyboga, Pryję, Cisłoboga, Ipaboga, Wody/Wodana, Bystrzeca, Heli i jeszcze kilku innych). W dalszej kolejności są rozdziały o demonologii ludowej i prezentacje postaci bohaterów epiki ludowej (np. południowosłowiańskich,  jak np. królewicz Marko, i ruskich bohaterów bylin, jak Ilja Muromiec, ale mamy też opisy wodza Samona, legendy o Lechu, Czechu i Rusie i wielu innych).

mem

Przyznam się, że takiego miksu nigdzie jeszcze nie widziałem. Jest tu wszystko: autentyczni bogowie obok tych zmyślonych (Rok, On, Krodo, Cyca, Flins, Hambog, Ipabog, Bystrzec, Hela, Cisłobog), słowiańscy obok egipskich i irańskich (Ra, Mitra), demony ludowe i wymyślone, postaci historyczne, legendarne i bajkowe (jak Wyrwidąb). Czego tylko dusza zapragnie. Autor nie bierze odpowiedzialności za to, co pisze, wie, że duża część to bogowie wymyśleni np. przez Trentowskiego,  a mimo to czytelnik dostaje w pakiecie omówienia Bystrzeca, Hładoleja i innych. Po co? Chyba tylko, żeby zwiększyć objętość książki.

Podrozdziały poświęcone poszczególnym bóstwom najczęściej składają się z następujących części: przytoczenie źródeł, ogólne informacje o kulcie, wypisy z innych książek, pomysły etymologiczne autora i różne inne skojarzenia, czasami bardzo daleko odbiegające od głównego tematu książki. Najbardziej rzucają się w oczy obszerne wypisy z literatury – przy czym autor wyraźnie preferuje samych XIX-wiecznych badaczy z doby przednaukowej albo wprost dyletantów, i tak mamy tu całe strony przepisane z Lelewela, Kraszewskiego, Trentowskiego, Hanusza, Świerzbieńskiego, Kirkora, Gergowicza, Szulca, Narbuta. Jest więc cała plejada przestarzałych pisarzy, których prac od dawna już nikt nie cytuje (i słusznie). Sympatią nie darzy autor A. Brücknera, S. Urbańczyka, J. Strzelczyka, którym co rusz się dostaje. Autor cytuje innych tak namiętnie, że zdarza się mu się zapomnieć źródło cytatu i nie podaje źródła (np. s. 286-7), tak jakby to on był autorem cytowanych fragmentów.

Oprócz cytatów mamy komentarze etymologiczne do nazw bóstw, ale całkiem często też wyrazów potocznych, które akurat się autorowi skojarzyły. Co więc znajdujemy „oryginalnego” w książce? Perun według autora to ‘przy On (Un)’, ‘stojący przy Unie’ (On-Un ma być imieniem innego boga). Strzybóg to s – tri – bog (bóg z trzech). Chors autor dzieli na Chor+s (czyli z chor/z gór). Etymologii imienia Welesa jest kilka: albo to „w les” (czyli „w lesie”, „ten z lasu”), albo „wielki”, albo „wol+los” (biorący odpowiedzialność za los-dolę), albo „wół+los” (tj. „los wołu” – krowy?). Idziemy dalej. Znany ze staroruskich kazań Perepłut oznacza „pierwsze plucie” (dosłownie to imię to „pierwsze plucie”). Kupała to „ku pała” (przy czym pała to słup, a więc imię znaczy „przy słupie”). Lada to „la + da” (woda darzy), a Lado – „la + do” (dosłownie „do La” (tj. do wody). Mamy też nazw bóstw zachodnich Słowian. Turupit – „tur jest upit(y)” albo „tur jest ubity”. Porewit to „Po Rewit”, czyli jak gdyby „(ten, który jest) Po Rewicie” (tj. Rujewicie, bo Rewit=Rujewit=księżyc), Re-Wit to „pan Re” (czyli słońca, bo Re = słońce). Inaczej mówiąc, Rewit ma być słońcem, a Po-Rewit – księżycem, bo księżyc wstępuje na niebo po słońcu. Ciekawe? Momentami nawet tak. Najciekawsze jest to, że według autora Rujewit to ‘Pan członka’ (gdyż rug/ruj miałby według niego znaczyć ‘członek’). Jak pogodzić obie etymologie – Rewita i Rujewita? O tym już informacji nie znajdziemy…

Autor tej książki uprawia etymologię ludową. Dawniej takie „wywody” nazywano jeszcze inaczej – „dziką etymologią”. O nazwach bóstw słowiańskich nie chciałbym się tu rozpisywać (w mojej niedawno wydanej książce „Bogowie dawnych Słowian. Studium onomastyczne” wszystkie te nazwy są poprawnie zetymologizowane). Ale warto wspomnieć o niektórych etymologiach wyrazów pospolitych w recenzowanej pozycji. Przykład pierwszy z brzegu: ladacznica ‘czcicielka (bogini) Łady’, jak gdyby lada-czcica (por. https://sjp.pl/ladacznica). To oczywiście ludowa, czyli naiwna etymologia, tj. nienaukowa etymologia, nie podająca rzeczywistej budowy ani znaczenia, historii wyrazu. Jaka jest poprawna? Jak wszetecznica od wszeteczna, rozpustnica od rozpustna, nierządnica od nierządna, rosyjskie błudnica od błudna (https://pl.wiktionary.org/wiki/ladacznica), grzesznica od grzeszna, kwietnica od kwietna, tak powinno być: ladacznica od ladaczna z dodaniem przyrostka –ica. Czy taki wyraz jest w języku polskim? Okazuje się, że tak: polskie ladaczny (https://sjp.pl/ladaczny). Jest to już obecnie nieużywany przymiotnik (albo używany rzadko w literaturze i poezji) (T. Lehr-Spławiński, Słownik języka polskiego, t. 1, 1939, s. 3), bliskoznaczny z takimi określeniami jak ladaca (przymiotnik) ‘dziewczyna-ladaco’, czyli ‘nic nie warta’ (https://pl.wikisource.org/wiki/Słownik_etymologiczny_języka_polskiego/lada).

Definicja "ladacznicy" ze Słownika języka polskiego Tadeusza Lehra-Spławińskiego (1939)
Definicja „ladacznicy” ze Słownika języka polskiego Tadeusza Lehra-Spławińskiego (1939)

Inny przykład: stara nazwa czarownika – wołchw, przez autora tłumaczony jako skrót od wyrażenia ‘Wołosowi chwała’ tak jakby w wyrazie woł- zachowano nagłos, a resztę –osowi ucięto, a z drugiego wyrazu zostało tylko -chw [natomiast -ała zanikło]. O poprawnej etymologii od *vlsnąti ‚pomrukiwać, wydawać dzęwięk’ wspominają badacze religii Słowian (S. Urbańczyk, Dawni Słowianie. Wiara i kult, 1991, s. 90; A. Bruckner, Mitologia słowiańska i polska, Warszawa 1985, s. 151; R. Jakobson, Selected Writings, VII, Berlin-NY-Amsterdam 1985, s. 45). Po co więc tworzyć nowe fantastyczne etymologie?

Strona z książki Romana Jakobsona (1985)
Strona z książki Romana Jakobsona (1985)

Jeszcze kilka przykładów ze słownictwa tylko pośrednio (o ile w ogóle) związanego z wierzeniami: ziarno : z-iar-na ‘z wiosny na’ (? rzucanie na coś?). Wyjaśnienie znajduje się w książce: Władysław Sędzik, Prasłowiańska terminologia rolnicza: rośliny uprawne, użytki rolne, Wrocław 1977, s. 53.

Fragment książki W. Sędzika.
Fragment książki W. Sędzika.

Drugi przykład: siew : s-iew ‘z iwy’, ‘z jewy’ (= z wody). Prawdziwa etymologia jest jednak inna: od ‘siać’, (przestarzałe) siewać, siewają ‘sieją często’ (iterativum, tj. czasownik wielokrotny), od którego powstał rzeczownik odczasownikowy siew ‘to, co siewane’ (warto porównać np. gwarowe siawać ‘siewać; siać co jakiś czas’ – https://sjp.pwn.pl/doroszewski/siewać). I jeszcze dwie próbki etymologii autora tej książki: 1) słońce od s-un-ce (czyli s + On [imię boga] + ce = ciepło); 2) miesiąc ‘księżyc’ < mie[ńczy] = mniejszy + siąc (=siec, sądź = sędzia) czyli „mniejszy sędzia”. Nie trzeba dodawać, że te tłumaczenia nie mają nic wspólnego z rzeczywistym pochodzeniem i znaczeniem tym słów: słońce wywodzi się od prasłowiańskiego *sulnika, a miesiąc – od *mesika. Jak to pogodzić z podziałem morfologicznym autora? (-ik- w obydwu wypadkach jest sufiksem, podstawą były wyrazy *suln- i *mes-). Są to informacje ogólnie dostępne i do znalezienia w Internecie, a mimo to autor sili się na jakieś nowe, autorskie wizje. Pytanie tylko po co?

Książka jest napisana bardzo chaotycznie, niektóre rozdziały są o wszystkim i o niczym. Autor przeszedł chyba samego siebie przy omawianiu Jarowita. Oto zakres tematów dygresji i skojarzeń, jakimi częstuje przy tym czytelnika: Jarowit – Jasza, Jehowa, tur (turzyce, żubrówka), Un, Germanie (i ich nazwa), słowo „gore”, egipski bóg Ra, Porewit Ranów, święta Tur i wtór u Słoweńców, słowo Jarun z Latopisu Suzdalskiego, św. Jerzy, Jaś i Marysia z bajek ludowych, grecki Prometeusz i Zeus, Janek z filmu Ridleya Scotta „Prometeusz”, Adam i Ewa z Księgi Rodzaju, podobieństwa Jahwe i Zeusa, biblijne podanie o Abrahamie, Jakubie i Ezawie, księga Hioba, Jezus w Nowym Testamencie, dogmat o dziewictwie Maryi, Jezus a Mitra, cesarz Teodozjusz, łacińskie słowo paganus, wolnomularstwo/masoneria…….. To wszystko przy omawianiu boga Jarowita.

W książce roi się od błędów różnego rodzaju – merytorycznych, redakcyjnych i innych. Imię autora „Mater verborum” podawane jest jako Wacerada, kiedy jest to czeski Wacerad (tj. Więcerad). Autor nie wie, że S. Rudy był redaktorem, a nie autorem zbioru studiów Romana Jakobsona, dlatego kilkakrotnie mamy Rudego jako autora Contributions…. Jakobsona (np. s. 243). Borys Rybakow, znany rosyjski archeolog urodził się i zmarł w Moskwie, był więc Rosjaninem. Tymczasem w książce czytamy: „ukraiński archeolog/uczony Borys Rybakow” (s. 49, 204). Są też inne błędy. Autor nieumiejętnie używa terminologii językoznawczej, nie ma też żadnej wiedzy o klasyfikacji języków: język sogdyjski autor wywodzi od protokananejskiego, fenickiego, aramejskiego, syryjskiego (s. 48), czyli od języków semickich, a sogdyjski to jeden z języków wschodnioirańskich, czyli jak najbardziej indoeuropejski. Od kiedy więc sogdyjski ma pochodzenie semickie? I od kiedy huculskie słowo Yrod (gwarowa forma imienia Herod) jest „stare ruskie”? (s. 72). Nie wiadomo.

Zdarzają się też przekłamania i manipulacje faktami. Nie wiadomo na przykład, w którym miejscu A. Brückner pisał, że wszystkie bóstwa połabskie były zmyślone przez niemieckich kronikarzy (s. 48). Gdzie Brückner twierdził, że Światowid ze Zbrucza to fałszerstwo? (s. 48). Gdzie A. Gieysztor utożsamiał Peruna ze Swarogiem? (s. 60). Gdzie Gieysztor napisał, że TRZYBÓG był bogiem m.in. podziemia? (s. 90). Tego z książki się nie dowiemy. W książce celowo są przeinaczane formy językowe, np. imię wedyjskiego demona Wali jest podawane w formie „Wela”, żeby zbliżyć je do kaszubskiej nazwy Velevitka, o której sądzi się, że oznaczała demona. Manipuluje się interpretacjami posągu ze Zbrucza, np. mamy tu Światowida (Świętowita) ze Zbrucza (s. 54), kiedy nazwa Światowid jest sztuczna, utworzona w XIX wieku. Albo pisze się o „czteroosobowym Światowicie z Arkony”, którego jedną z postaci była „Fortuna” (s. 54). Wiadomo, że Świętowit (nie: Światowit) w Arkonie był czterogłowy, a nie czteroosobowy. Fortuna z opisie Williama z Malmesbury była natomiast osobnym bóstwem (kto wie, czy nie była to Mokosz), czczonym w innym ośrodku kultowym. Ale na użytek identyfikacji Świętowit-„Światowid” manipuluje się faktami. Inny przykład: Thietmar ma wspominać o połabskim bogu Lutym (s. 242). O ile wiadomo, w Kronice Thietmara znajduje się zapis Februus, bóg pogan, zestawiony z nazwą miesiąca februarius, pochodzenia łacińskiego. Skąd pewność, że chodziło o Słowian, a nie o Rzymian? I ostatnia próbka: mit o Sowim przedstawiany jest jako ruski (s. 247). Wprawdzie znany jest też u Litwinów, ale… Nie. Wszyscy badacze zgadzają co do tego, że to mit litewski zapisany w kronice staroruskiej. Po co kolejna manipulacja?

Ogólnie ma się wrażenie, że książka powstała w pośpiechu. Widać niedoróbki redakcyjne, np. w rozdziale o Welesie przytaczane są dwa razy te same wypisy z literatury czeskiej o velesie ‘diable’, tyle że za innymi autorami (s. 239, 241). Widocznie w notatkach znalazły się dwa razy te same cytaty i zabrakło czasu i pomyślunku, żeby uniknąć powtórzeń.

Oryginalność tej książki sprowadza się przede wszystkim chyba do wypisywania przestarzałej, XIX-wiecznej literatury, do której dziś już nikt nie sięga, i do wymyślania śmiesznych etymologii. Autor nie wie najwyraźniej, od czego pochodzi wyraz ojciec (od ota) i snuje jakieś dziwne fantazje („ot ciec” albo „odsiec [pępowinę])”, nie wie, jak powstał wyraz matka, macierz, mać i częstuje czytelnika swoimi pomysłami, że od wyrażenia „ma cierpieć” (bo matka jak wiadomo, rodzi w boleściach) itd. Warszawiacy zdziwią się pewnie, że ich miasto wzięło nazwę od wara ‘wody’ i sawy ‘słońca’ (s. 65). W książkach można było przeczytać dotychczas, że to staropolska Warszewa, od imienia Warsz (skrót od Warcisława) z dodatkiem przyrostka –‘ewa. Ale przecież trzeba napisać „inaczej”, oryginalnie. Tylko po co? Sięgnięcie do słownika to jakiś dyshonor? Trzeba wymyślać „własne” etymologie? Słowniki kłamią? Naukowcy się nie znają?

Czytając książkę T. Kosińskiego, niejeden pewnie pod nosem się uśmiechnie, inny pewnie ryknie jowialnym śmiechem nad pomysłami autora. W tym sensie książka na szansę dać ludziom trochę radości. Ale chyba nie tego spodziewa się czytelnik, szukający prawdziwych informacji o Słowianach, a nie jakichś dziwacznych wymysłów i produktów fantazji i pomysłowości autora popartych zerową wiedzą na temat historii i języka.

Na koniec zamiast oceny kilka cytatów, które jak nic pasują do tej książki. Najciekawsze jest to, że sam autor wyraził się tak o kimś innym, ale pasuje to do niego samego, można więc powiedzieć, że scharakteryzował swoją twórczość sam:  „tworzy nową mitologię polską na bazie własnych wymysłów, luźnych skojarzeń i wybiórczego doboru faktów. Rzadko podaje źródła swych rewelacji. Jego teksty to bezładny zapis myśli, bez stylu, bez porządku, bez sensu”. „Również zdolności etymologiczne autora przebijają wszystkich. ” „Takich „potworków” słownych będących efektem jego pseudoetymologicznych rozważań jest u [niego] cała masa.”. „Nie da się tych fantasmagorii traktować poważnie.” „Tworzenie nowych wymysłów i dziecięcych interpretacji jedynie gmatwa całą sprawę i wygląda, albo na celową robotę ośmieszenia […], albo produkt schizofrenicznego umysłu autora.”

 

Autor tekstu: Michał Łuczyński

2 myśli w temacie “Mitologia na wesoło, czyli „Bogowie Słowian. Bóstwa, biesy i junacy” T. Kosińskiego”

  1. „Oryginalność tej książki sprowadza się przede wszystkim chyba do wypisywania przestarzałej, XIX-wiecznej literatury, do której dziś już nikt nie sięga”.

    To jest standard dla całego światka zwanego Otchłanią. Uznają, że do końca XIX wieku publikowano Prawdę, a potem to już tylko spiski określonych kół (potrzebne koła wpisać) zakłamywały i ukrywały Wiedzę.

    Szeroko pojęty altmed chętnie sięga np. po „ukryte urządzenia” czy „ukryte terapie”, głęboko czerpiąc z mądrości i publikacji sprzed przynajmniej 100 lat. Wszak wiadomo, że osiągnięcia współczesnej nauki to spisek Big Pharmy, więc sięgać trzeba do „źródła” – m.in. XIX-wiecznych publikacji. Dziś nikt normalny nie będzie uznawał ich za publikacje naukowe, ale Otchłań, bezgranicznie niedouczona, uważa to za wiedzę zakazaną.

    W tych przypadkach medycyna jest bezradna.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s