Czy Słowianie byli szamanistami? (o książce R. i D. Jakubowskich „Wierzenia Słowian i Indoariów. Rekonstrukcja utraconych tradycji”, 2019)

W zeszłym roku ukazała się książka Rafała i Diany Jakubowskich pt. „Wierzenia Słowian i Indoariów. Rekonstrukcja utraconych tradycji”, wydana przez stowarzyszenie PraŹródła. Czym różni się ta książka od innych, wydanych w ciągu ostatnich kilku–kilkunastu lat książek o religii przedchrześcijańskich Słowian? Nie znajdziemy tu opisów bogów, autorzy odżegnują się od rekonstrukcji panteonu, brak też opowiedzianych mitów słowiańskich. Czego więc czytelnik może się spodziewać w środku?

Autorów najbardziej interesują analogie obrzędów, zwyczajów itd. ludów indoeuropejskich z tymi, które można odnaleźć w religii bon. Co to za tradycja, do której autorzy się wiele razy odwołują? Bon to rodzima religia tybetańska.  Jest wcześniejsza niż buddyzm na tych terenach i zawiera elementy szamanizmu i animizmu. Ma wiele cech wspólnych z szamanizmem Syberii i Azji Środkowej. W książce podanych jest wiele podobieństw i niektóre są ciekawe, np. wytłumaczenie niektórych mitów greckich, dzisiaj znanych z przeróbek literackich i późnych opracowań, odwołując się do sensów zachowanych właśnie w religii bon. Te analogie wydają się przekonujące, np. wytłumaczenie misteriów eleuzyńskich czy Demeter jako obrzędów mających przygotować do śmierci. Gdyby autorzy poszukali głębiej, na pewno ciekawiej udałoby się pokazać mity o herosach greckich (Tezeuszu, Perseuszu itd.) jako przerobione mity szamańskie (może ich pierwowzorami były bajki magiczne, podobne jak te znane z Rosji).

Jeśli chodzi o rekonstrukcję religii ie., autorzy postanowili podejść do tematu inaczej niż inni: zamiast przytaczać „po kolei” wciąż te same zapiski kronikarzy opisujących wczesnośredniowiecznych Słowian i ich kulty, które najczęściej niewiele są w stanie powiedzieć o treści ich wierzeń, spróbowali spojrzeć na ten problem „od góry”. Chodzi o rekonstrukcję wierzeń indoeuropejskich, dzięki czemu mielibyśmy jakieś wyobrażenie także o tym, w co wierzyli Słowianie. Jak autorzy chcą odtworzyć wierzenia Indoeuropejczyków? Wskazują na podobieństwa greckie, buddyjskie i aryjskie:

– wadźra jako atrybut bogów burzy (Indry i Zeusa);

– instytucja szamana (o czym mają świadczyć wyrazy: tocharski samane, wedyjski śaman, sogdyjskie smn);

– policefalizm bogów (w Indiach, u Celtów i Słowian; zjawisko to ma być według autorów pochodzenia aryjskiego);

– podobieństwa w zakresie kosmogonii (mity o kosmicznym jaju w religii bon, u „Pelazgów”, orfików i Fenicjan).

Sumując te i inne analogie, autorzy dochodzą do wniosku, że podobieństwa religii Ariów i buddyzmu, tradycji bon świadczą o tym, że buddyzm to w istocie pierwotna religia Ariów. Ale po kolei.

Co do wadźry analogia wyobrażeń Indry i greckiego Zeusa na pierwszy rzut oka wydaje się uderzająca. Autorzy odrzucają tradycyjną interpretację, według której wadźra to symbol błyskawicy, i opierając się na buddyjskiej symbolice upatrują tu pierwotny rekwizyt obrzędowy, oznaczający pełnię, dający intelektualną i duchową siłę itd. Ale czy taka była pierwotna symbolika tego przedmiotu? Wadźra w rękach greckiego Zeusa może dziwić, ale szybki research w internecie wystarczy, żeby pozbyć się złudzeń co do „wyjątkowości” tego grecko-wedyjskiego podobieństwa: wadźrę znali już Sumerowie, a potem Babilończycy – u nich była to broń Marduka, którą pokonuje Tiamat. Czyli symbol pioruna. Samo słowo wadźra okazuje się też mieć pierwotne inne znaczenie, niż to buddyjskie. W staroindyjskim słowo oznaczało albo „piorun, błyskawicę”, albo „diament” (dosłownie ‘niezniszczalny’). Jednak całkiem możliwe, że pierwotnie była to ‘broń’, ‘topór, siekiera’, na co wskazują takie wyrazy jak pragermańskie *wakraz ‘broń’, pra-ugrofińskie *vaśara ‘hammer, axe’ (zapożyczone z praindoaryjskiego albo protoaryjskiego), wreszcie w tocharskim jest wāśir ‘błyskawica’. Pierwotnym znaczeniem indoeuropejskiego *wag’ros musiałoby więc być ‘rodzaj broni’, ‘siekiera, topór’ (więcej można o tym przeczytać na Wikipedii, en.wikipedia.org/wiki/Vajra i w książce Encyclopedia of Indo-European Culture, s. 112). Nie była to ‘pełnia’, ‘doskonałość’ ani żadne inne pojęcie buddyjskie. Indoeuropejskie wyobrażenie o siekierze, toporze itd. jako broni gromowładcy nałożyło się zatem w Indiach na wyobrażenie pioruna ze sztuki sumeryjskiej i asyryjsko-babilońskiej. Jak wiadomo Grecy „wadźrę” nazywali „keraunos” (dosłownie jak gdyby ‘uderzacz’) i nie miało to nic wspólnego z koncepcjami buddyjskimi.

Kolejny argument na poparcie tezy o szamanizmie u Indoeuropejczyków (w terminologii autorów „Indoariów”) to wyraz szaman i jego znajomość w kilku językach ie. Ale po kolei. Językoznawcom udało się ustalić, że praformą tego wyrazu jest sanskryckie śramana oznaczające ‘buddyjskiego mnicha’. Śramana to z kolei wyraz utworzony od czasownika śram-, który oznaczał ‘wywierać wpływ, zmuszać, dokonywać’.  Śramana był więc jakimś ‘performerem’, ‘tym, kto (coś) robi’.  W praktyckim (który jest późniejszy niż sanskryt) dokonało się fonetyczne przejście śr > ś, i wyraz przybrał postać śamana. Taki został zapożyczony do języka Kharosthi (w chińskiej części Turkiestanu), gdzie mamy postać ṣamana. Niektórzy uważają, że dopiero ze średnioindyjskiego dokonało się zapożyczenie do tocharskiego i dlatego mamy toch. samane, toch A. samame ‘asceta’. Od Tocharów słowo to rozeszło się po świecie i stąd: *samān w języku tunguskim (późniejsze šaman), šamān/samān/hamān w ewenkijskim, saman w języku Mauchu (należącym do rodziny j. tunguskich). Znane we współczesnych językach europejskich niem. Schamane, ang. shaman są pożyczkami z rosyjskiego šaman i nie są pozostałościami znajomości instytucji szamana w tych językach. Mamy tu skomplikowaną drogę rozpowszechnienia się wyrazu z Indii, a nie ślady szamanizmu u Indoeuropejczyków. Co prawda niektórzy autorzy już wcześniej dopatrywali się tu śladów ‘pre-Rigvedic Aryan tradition’ czy ‘Pre-Proto-Indo-European root for shaman’ (Śri Rama Goyal; Winkelman), ale słowo ma pochodzenie staroindyjskie (nie wcześniejsze) i oznacza początkowo mnicha buddyjskiego.

Nie wydaje się, żeby o jakichś wpływach Ariów świadczyła wielogłowość bóstw. Jej ślady są u Etrusków (2- i 4-głowy Tinia), Italów (4-głowy Janus), w przedheleńskiej Grecji (np. wyobrażenie Hekate), u ludów arabskich i innych.

Inna kwestia to zrównanie mitów orfickich, fenickich z „pelazgijskimi” i tybetańskimi. Jak wiadomo, znane mity o kosmicznym jaju są zachodnio-semickie (czyli fenickie i wtórne wobec nich mity Orfików) i tybetańskie (autorzy cytują przykład mitu znanego w religii bon. Ale powoływanie się na mit „Pelazgów” „zrekonstruowany” przez Roberta Gravesa w jego „Mitologii Greków” to nieporozumienie. R. Graves pisał swoją mitologię w czasach, kiedy o Pelazgach jeszcze niewiele wiedziano i uważano, że to plemię semickie – autochtoni w Grecji pochodzący z Palestyny. Dlatego „dorabia” Pelazgom mit o Eurynome podobny jakoby do tego z mitologii fenickiej. Dzisiaj jednak wiadomo, że Pelazgowie byli ludem indoeuropejskim – ich język był indoeuropejski satemowy i poprzedzali Pragreków (ich język był kentumowy, a więc nie byli identyczni z Pelazgami) na ich obecnych siedzibach (m.in. zamieszkiwali Arkadię). O ich mitologii niewiele wiadomo, oprócz tego, że pelazgijskiego pochodzenia może być Hermes. Eurynome nie była natomiast żeńskim bóstwem – demiurgiem, ale boginią typu Artemidy (być może boginią zwierząt, przyrody itd.). Pelazgijski mit o stworzeniu jest więc mitem Gravesa, nie ma sensu się na niego powoływać przy podobnych „rekonstrukcjach”.

W książce nie wiadomo dlaczego Indoeuropejczyków nazywa się Indoariami, a Greków – Pelazgami (np. s. 24, 38). Indoeuropejczycy byli czym innym niż Indoariowie, tak jak indoeuropejski język nie był identyczny z indoaryjskim. To tak jakby zamiast „Słowianie” pisać np. Rosjanie. Rosyjski powstał ze staroruskiego, który z kolei poprzedzały dialekty prasłowiańskiego. Z indoeuropejskiego powstał m.in. protoindoirański, a indoaryjski był tylko jednym z jego „potomków”. Grecy i Pelazgowie – były to różne ludy, o czym wspomniałem wcześniej, a pelazgijski nie równa się grecki. Czytelnik może mieć też wątpliwości, dlaczego ludy protoaryjskie i protosłowiańskie utożsamia się z Tocharami (s. 15). Wspólne pochodzenie nie oznacza, że ludy mające wspólnego „przodka” powinno się dowolnie utożsamiać ze sobą. Językoznawcy sądzą, że tocharski oddzielił się od praindoeuropejskiego dosyć wcześnie, jeszcze przed podziałem kentum-satem – z grubsza biorąc Proto-tocharowie emigrowali na wschód niedługo potem albo w tym samym czasie, gdy od reszty oddzielili się późniejsi Hetyci. Stawianie znaku równości między nimi mija się z celem, ale można zrozumieć, że chodzi o podkreślenie wspólnego pochodzenia, „prajedności”.

Zastrzeżenia budzi też utożsamianie z Protosłowianami Traków, Wenetów, Wandali, Herulów, założycieli Arkhaimu na płd. Uralu, ludności Szwecji itd. (s. 96, 127, 130). Dobrze byłoby, gdyby zostało to jakoś uzasadnione, bo języki prasłowiański, pratracki, wenetyjski, pragermański na pewno nie były tym samym.

W książce nie udało się też uniknąć kilku błędów rzeczowych. Na przykład (na str. 12) pisze się o bogach Indara, Uruvna, Mitriai, Nasatyas jako o hetyckich odpowiednikach wedyjskich Indry, Waruny, Mitry i Aświnów. Chodzi o teksty umów pokojowych między Hetytami a Indoariami z II tys. p.n.e., w których wymienia się bogów strony indoaryjskiej (Indara, Uruvanas-sil itd.). Z polskich badaczy pisał o tym obszernie H. Łowmiański w książce „Religia Słowian i jej upadek” (1979).

O samej religii/mitologii Słowian znajdziemy zaledwie kilka stron – jest m.in. fragment o Swarogu, Welesie, ale autorzy nie podejmują się rekonstrukcji panteonu słowiańskiego. O etymologiach nazw bóstw nie będę tu pisał (odsyłam do mojej książki „Bogowie dawnych Słowian. Studium  onomastyczne”), ale sprostowania wymaga wywodzenie nazwy wołchów/wołchwów (czarowników) od wilka. Językoznawcy piszą tu o czasowniku vlsnąti ‘wydawać dźwięki, mruczeć, szeptać’, od którego utworzono ten wyraz z dodaniem ekspresywnego przyrostka -ch. Wołch, wołchw oznacza więc szeptuna, tego, który zamawia (zamawiacza).

Książka jest na pewno ciekawa. Autorzy wykorzystują metodę porównawczą do rekonstrukcji wspólnych „indoaryjskich” wierzeń. Diabeł jak zwykle tkwi w szczegółach. Można się zastanawiać, czy religie Tybetu na pewno nadają się do zestawień grecko-indyjsko-słowiańskich i innych. Część materiału wykorzystanego do takich zrównań wypada po prostu odrzucić (jak np. „pelazgijski” mit Gravesa). Czasem wydaje się, że autorzy chcieliby widzieć wspólne dziedzictwo tam, gdzie są tylko późne wpływy albo niezależny rozwój – np. 33 tengri u Mongołów powstało pod wpływem buddyzmu prawdopodobnie między 9/10 a 15 wiekiem n.e., a w lamaizmie jest późną koncepcją (33 tengrich: w tym np. 8 głównych – strażników stron świata, 12 synów słońca, 2 młodych). Liczbę 12 porównują autorzy z dwunastką bogów olimpijskich, którzy jak wiadomo nie należeli do pierwotnych bóstw greckich, ale powstali pod wpływem religii babilońskich (podobnie jak 7-dniowy dzień tygodnia i identyfikowanie z Olimpijczykami planet Układu Słonecznego).

Czasami ma się wrażenie, że autorzy próbują podważać tradycyjne ustalenia religioznawców, bez silnych argumentów. Tak jest z negowaniem Zeusa, Peruna i innych jako bogów burzy, obalaniem solarnej interpretacji bogów słońca, jak Mitra, grecki Helios, wedyjski Surja – jaki ma cel marginalizowanie poświadczonych związków tych bóstw z burzą, słońcem itd. – nie wiem. Podobnie dziwne wygląda krytyka „ewolucjonizmu” w religioznawstwie (który rzekomo źle odnosi się do religii tzw. prymitywnych). Może za czasów G. Frazera tak było, w wiktoriańskiej Anglii. Nie spotkałem żadnego religioznawcy, który przedstawiałby się jako ewolucjonista. Może po prostu takich już nie ma.

Kończąc, główna teza książki, że religię bon ukształtowali Ariowie (s. 15), dlatego bon nadaje się do rekonstrukcji pierwotnych wierzeń Indoariów, wydaje mi się słabo uzasadniona. Ciekawe są analogie indoeuropejsko-buddyjskie, zwłaszcza tam, gdzie mity Greków i innych ludów nie przekazały filozoficznego „tła” różnych obrzędów misteriów – wtedy sięgnięcie do mitologii szamańskich wschodniej czy środkowej Azji dałoby pewnie ten sam skutek, co porównania do bon.  Czy książka przekonała mnie, że Indoeuropejczycy, a więc i Słowianie kamlali, wyznawali coś podobnego do buddyzmu, znali tantrę i jogę? Mimo wszystko wydaje się, że Indoeuropejczycy wznieśli się na wyższy poziom niż ludy paleoazjatyckie czy tureckie środkowej Azji – nie widać u Greków czy Rzymian wyraźnych śladów koncepcji 7 sfer nieba, dualizmu typowego dla mitologii azjatyckich itd. Był to klasyczny politeizm, a jeśli odnajduje się gdzieś coś, co tchnie „duchem” szamańskim, to często okazuje się to zapożyczeniem ze Wschodu albo od gości z euroazjatyckich stepów.

 

Michał Łuczyński

 

ŹRÓDŁA

Q. Adams, A Dictionary of Tocharian B: Revised and Greatly Enlarged, Amsterdam 2013, s. 711

Eilenstein, Vajra: der Blitz des Göttervaters – das Licht der Wahrheit, s. 39-46 https://books.google.pl/books?id=SHloDwAAQBAJ&pg=PA39&dq=”die+griechen+sind+recht+nahe+verwandte+der+inder”&hl=pl&sa=X&ved=0ahUKEwik0KqJ3e_nAhUKqIsKHTJKBIwQ6AEIKDAA#v=onepage&q=”die%20griechen%20sind%20recht%20nahe%20verwandte%20der%20inder”&f=false

Jan Gonda, Aspects of Early Visnuism, Delhi 1993, s. 44

Ś. Goyala, History of Indian Buddhism, 1987, s. XIII

P. Mallory, D. Q. Adams (ed.), Encyclopedia of Indo-European Culture, s. 112

Ju. Nekljudov, Mifologija tjurkskich I mongolskich narodov (Problemy vzaimosvjaziej), “Tjurkologičeskij sbornik” 1977, s. 192

Sri Rama Goyal, A history of Indian Buddhizm, 2003, s. XXVI

C. Watkins, Selected Writings: Publications 1992-2008, s. 881

M. Winkelman, Shamanism: The Neural Ecology of Consciousness and Healing, s. 112

Strony WWW:

https://www.stolenhistory.org/threads/weapons-of-the-gods-vajra-dorje-etc.599/

https://eden-saga.com/en/antique-technology-vajra-ankh-tau-xiuhcoatl-ray-pistol-zeus-thunderbolt.html

https://soulhealer.com/the-vajra-an-ancient-weapon-of-the-gods/

12 myśli w temacie “Czy Słowianie byli szamanistami? (o książce R. i D. Jakubowskich „Wierzenia Słowian i Indoariów. Rekonstrukcja utraconych tradycji”, 2019)”

  1. Dziękujemy Autorowi za recenzję, doceniamy zaangażowanie. Niemniej musimy zdementować kilka zasadniczych, rażących błędów religioznawczych i historycznych zawartych w recenzji.

    Przede wszystkim chcieliśmy zadać pytanie, w którym miejscu naszej książki jest napisane że bon to buddyzmu. Skąd autor recenzji zaczerpnął taką wiedzę ?
    Autor uparcie, wymiennie stosuje pojęcia buddyzmu i bon, tak jak byłyby one tożsame, co z perspektywy historycznej i tym bardziej religioznawczej jest niedopuszczalne. Co więcej autor pisze: „Sumując te i inne analogie, autorzy dochodzą do wniosku, że podobieństwa religii Ariów i buddyzmu, tradycji bon świadczą o tym, że buddyzm to w istocie pierwotna religia Ariów. Nigdzie w książce nie zamieszczamy takiego wniosku. Jest to ewidentne wprowadzanie czytelnika recenzji w błąd.

    Błędem jest także stwierdzenie, że Bon to rodzima religia tybetańska, również kilkukrotnie powtarzane w recenzji. A przecież wyjaśniamy w książce, że zgodnie ze źródłami Bon pochodzi z północnego Iranu. Wiele wskazuje za tym, że ludem który go do Iranu przyniósł byli Ariowie. W konsekwencji mówienie, że bon to religia tybetańska jest równie uzasadnione, jak twierdzenie że islam to religia marokańska (wszak obowiązuje w Maroku), lub że chrześcijaństwo jest religią rdzennie polską. Idąc dalej tym tropem myślowym, sugerowanie, że buddyzm to bon, jest tak rzeczowe jak twierdzenie że Islam do Judaizm.

    Ponadto autor recenzji pisze, że: „o samej religii/mitologii Słowian znajdziemy zaledwie kilka stron”, co mija się z prawdą i jednocześnie wygląda na próbę zdyskredytowania badań nad wierzeniami słowiańskimi podjętymi w książce. Nie rozumiemy skąd takie metody i co kierowało recenzentem ?

    Polubienie

  2. Wadżra albo „diament” (dosłownie ‘niezniszczalny’, „drogocenny”) naszym zdaniem jest to dobra interpretacja w odróżnieniu od zeuropeizowanego znaczenia wadżry jako „piorun, błyskawica”. Wie to każdy, kto miał do czynienia z obrzędowością azjatycką. Zaznaczenie to jest używane w terminologii sakralnej kultur, w których używana jest wadżra. Autor zasugerował wyjaśnienie wadżry w sposób instrumentalny, nawet językoznawczo powierzchowny bez odniesienia się do warstwy kulturowej i religioznawczej. W rytuałach wadżra to artefakt i symbol przełamujący lub przekształcający negatywne aspekty (emocji, sytuacji, istot) w ramach praktyk tantrycznych. Nic więc dziwnego, że w symbolicznie opisujących to mitach, przedmiotem tym pokonywano negatywne istoty, demony itp.
    Stąd wzmiankowane przez autora recenzji, wykorzystanie przedmiotu w walce z Tiamat. Przy okazji prosimy o odpowiedź, na podstawie jakich źródeł autor uważa, że Tiamat została pokonana piorunem/błyskawicą, a nie odpowiednikiem rytualnej wadżry?
    Jak mniemamy dokonano w tym miejscu nadinterpretacji, ponieważ archaiczny zapis, martwego już języka autor recenzji zinterpretował z perspektywy współczesnych badaczy języka, nakładających w to miejsce wzorzec interpretacyjny własnej kultury. Dziwne, że recenzent, który jest językoznawcą nie jest wyczulony na takie sytuacje.

    Porównanie znaczenia wadżry żywych tradycjach do powierzchownej interpretacji językoznawczej jest niemiarodajne:
    – po pierwsze dlatego, iż wynikałoby z tego, że autor bardziej ceni sobie interpretacje martwych języków niż przekaz żywych tradycji religijnych;

    – po drugie wynikałoby z tego, że znając wąski zakres interpretacji przytaczanych pojęć określających topór (w jęz. pra-ugrofińskich, pragermańskich, tocharskich) dokonuje kolejnego nadużycia przyrównując wadżrę do toporu.

    W książce nie opisaliśmy wadżry z perspektywy Pelazgów czy Sumerów, ponieważ znaczenie tego artefaktu w tych kulturach nie zachowało się do dziś. Interpretacji tej nie zna ani autor recenzji, ani nikt inny, ponieważ wierzenia te są martwe (nie kultywowane) od wieków. W zamian za to w opisie znaczenia rytualnego wadżry odnieśliśmy się do tradycji (bon czy wierzeń wedyjskich) w których wiedza na ten temat jest nadal praktykowana.

    Tu tkwi problem wielu współczesnych badaczy, którzy bardzo często odnoszą się do interpretacji z pominięciem źródeł. Rzecz jasna każdy badacz ma: wybór opierać się na uznanych interpretacjach współczesnych lub sięgać do żywych tradycji. My wybieramy to drugie, konfrontujemy z tym pierwszym, w konsekwencji częstym rezultatem jest wykazywanie nadinterpretacji współczesnych badaczy. Nie inaczej stało się tym razem. Sumując chcąc rzetelnie odnieść się do znaczeń i terminologii bon, nie wystarczy sięgnąć ad hoc do Wikipedii i Internetu.

    Polubienie

  3. Oczywiście zgadzamy się z tym, że Pelazgowie byli Indoeuropejczykami. Na pokrewieństwo takie wskazuje obrzędowość, analogie w zakresie wierzeń, struktura panteonu, szereg mitów. Podkreślamy to w książce i bynajmniej (co sugeruje autor recenzji) nie twierdzimy że Pelazgowie byli Fenicjanami. Tym samym kwestionujemy tu hipotezy Gravesa. Tym samym nie dokonujemy porównania mitów tybetańskich (lecz bon) ani fenickich (lecz pelazgijskich) z mitami słowiańskimi.

    Autor w recenzji napisał: „W książce nie wiadomo dlaczego Indoeuropejczyków nazywa się Indoariami, a Greków – Pelazgami (np. s. 24, 38).”

    Otóż w książce na s. 24, postać Dzeusa opisano jako bóstwo pelazgisjkie i NASTĘPNIE greckie, wiec nie zrównano tu Greków z Pelazgami (!)
    Z kolei na stronie s.38, Heliosa określono mianem boga pelazgijskiego. A mając na uwadze, że mity, które „popularnie uważa się za greckie” powstały w czasach przedgreckich, czyli pelazgijskich, określenie „mity pelazgijskie” wydaje się uzasadnione. W rezultacie autor recenzji najpierw stawia fałszywe zarzuty a następnie dzielnie toczy z nimi boje.

    Autor recenzji dalej twierdzi: „ciekawiej udałoby się pokazać mity o herosach greckich (Tezeuszu, Perseuszu itd.) jako przerobione mity szamańskie (może ich pierwowzorami były bajki magiczne, podobne jak te znane z Rosji)”.
    Tak się składa że mit o Tezeuszu jest wspomniany na stronach 53-54, w nawiązaniu do praktyk znanych w szamanizmie i tantrze. Z kolei mit o Perseuszu nie został omówiony, przy czym mając na uwadze jego symbolikę odnieść go można do praktyki Tregchod w Dzogczen nie zaś rytuału szamańskiego. Proponujemy autorowi dokonanie porównania.

    O dualizmie komplementarnym u Pelazgów świadczy choćby mit kosmogoniczny o Erosie. W książce szeroko opisujemy podobną koncepcję dualizmu w mitach słowiańskich (polecamy uważniejszą lekturę).

    Polubienie

  4. Autor recenzji omawia rodowód pojęcia szaman z perspektywy językoznawczej. Sugeruje pogląd, według którego pojęcie to pochodzi z języka palijskiego i sanskrytu, gdzie oznaczało „buddyjskiego mnicha’. Z tym, że ten XIX-wieczny pogląd został obalony na początku wieku XX, o czym wspomina M. Eliade. Eliade podkreślał jednocześnie turecko-mogolskie pochodzenie tego pojęcia. Zgadzają się z nim współcześni badacze jak choćby specjalistka od szamanizmu syberyjskiego prof. W. I. Charitonowa.

    Przypominamy, że w pochodzącej co najmniej z VI-IX p.n.e Brihadaranyaka (Upaniszady) pojęcie „samana” określa się jako pieśń, rozumianą jako modlitwę, pieśń sakralną. Czas powstania powyższej księgi jest znacząco wcześniejszy od zaczątków ruchu monastycznego w buddyzmie (co najmniej o 3-4 wieki).

    Jeśli (co uważamy za prawdopodobne) samana jest słowem pochodzącym z języka tocharskiego, to proszę zwrócić uwagę, że w ślad za tym powinno nastąpić przesunięcie znaczenia na okres wielu wieków przed pojawieniem się buddyzmu, ponieważ do kontaktu Tocharów z kulturami syberyjskimi musiało dojść dużo wcześniej przed dotarciem do pogranicza chińsko-tybetańskiego. W książce przedstawiamy interpretacje artefaktów religijnych Tocharów w porównaniu do tradycji bon, wiele bowiem wskazuje na to, że Tocharowie mogli być wyznawcami PIERWOTNEGO bon (jeśli recenzent wogóle rozróżnia bon i pierwotny bon, bo to nie to samo).

    Autor recenzji zakwestionował funkcjonowanie technik szamańskich u Słowian ale nie odniósł się do licznie zaprezentowanych w książce analogi dotyczących rytualizmu i obrzędowości. Na możliwość występowania u Słowian Zachodnich praktyk związanych z szamanizmem zwraca m.in. uwagę K. Kajkowski.

    Polubienie

  5. Autor recenzji twierdzi: „Czasem wydaje się, że autorzy chcieliby widzieć wspólne dziedzictwo tam, gdzie są tylko późne wpływy albo niezależny rozwój – np. 33 tengri u Mongołów powstało pod wpływem buddyzmu prawdopodobnie między 9/10 a 15 wiekiem n.e ”

    O Tangerim wspomina lud Xiongnu już w II wieku p.n.e. Ludy tureckie wspominają o nim w inskrypcjach orchońskich, spisanych (a pochodzących z wcześniejszego okresu) w VI-VIII wieku. W sumie koncepcja i postać Tangeri jest potwierdzona wcześniej niż sugeruje autor recenzji.

    Polubienie

  6. Autor recenzji wyciąga wniosek, iż: „Czytelnik może mieć też wątpliwości, dlaczego ludy protoaryjskie i protosłowiańskie utożsamia się z Tocharami „.

    Otóż Prototocharowie najprawdopodobniej mogli się oddzielić wcześniej niż Hetyci. Na ich związki z protosłowianami wskazują badania archeogenetyczne. Na związki religijne z bon wskazują artefakty religijne. Co do języka czy autor recenzji zapoznał się z opiniami językoznawców Georgesa Pinaulta i Michaëla Peyrota, którzy zakwestionowali rzetelność dotychczasowych prac polegających na spisaniu zapisków tocharskich, w związku z czym badania na temat ich języka, należy przeprowadzić ponownie (!)

    Polubienie

  7. Kult słońca. Autor recenzji twierdzi: „Czasami ma się wrażenie, że autorzy próbują podważać tradycyjne ustalenia religioznawców, bez silnych argumentów – obalanie solarnej interpretacji bogów słońca, jak Mitra, grecki Helios, wedyjski Surja – jaki ma cel marginalizowanie poświadczonych związków tych bóstw z burzą, słońcem itd. – nie wiem”.

    Osobiście też nie wiemy jaki ma sens to twierdzenie recenzenta, skoro nie kwestionujemy istnienia wymienionych przez niego bóstw. Interpretujemy je jednak jako przykłady bóstw niższej rangi, co odnosimy do przedstawionej w książce interpretacji struktury panteonu.
    Zwracamy natomiast uwagę na to, że to „KULT SŁOŃCA” jest traktowany jako paradygmat i „wytrych” do interpretowania bóstw najwyższych jako związanych ze słońcem. Kwestionujemy również (do czego recenzent się nie odniósł) interpretowanie swastyki jako symbolu solarnego.
    Nie twierdzimy zatem, że tacy bogowie jak Helios, czy Surja nie odnoszą się do Słońca, lecz dowodzimy, że na podstawie wymyślonych za biurka koncepcji ustala się paradygmat, według którego „jako dominujący istniał kult słońca”.

    Polubienie

  8. W przypadku pojęcia wołch autor recenzji podał jedną z interpretacji językoznawczych:
    „Językoznawcy piszą tu o czasowniku vlsnąti ‘wydawać dźwięki, mruczeć, szeptać’, od którego utworzono ten wyraz z dodaniem ekspresywnego przyrostka -ch. Wołch, wołchw oznacza więc szeptuna, tego, który zamawia (zamawiacza). „

    Interpretacje swoją recenzent uznał, za jedynie słuszną. Podczas, gdy my podejmiemy się interpretacji religioznawczej i historycznej z której wynika, że wołch nawiązuje do wolk (wilk). Świadczy o tym nie tylko pokrewieństwo językowe. Święta wilcze u ludów aryjskich i słowiańskich były obchodzone w lutym, wiązano je z postacią Welesa oraz postacią wilka. Powiązania wilka i bóstw związanych z zaświatami widać w podaniach słowiańskich, jak również w „mitach pelazgijskich” i irańskich.

    Polubienie

  9. Autor recenzji w ramach krytyki książki podkreśla:
    „Indoeuropejczycy byli czym innym niż Indoariowie, tak jak indoeuropejski język nie był identyczny z indoaryjskim. ”

    Z tym, że my się z tym w pełni zgadzamy. Co za tym idzie w książce nie zrównujemy Indoeuropejczyków z Indoariami (proszę wskazać taki fragment). Co więcej wyróżniamy praAriów, postAriów, indoAriów, protoSłowian etc. Dowodzi to naszej skrupulatności w sytuacji kiedy trudno inaczej (niż hipotetycznie) opisywać grupy etniczne, które do tej pory nie były jasno sklasyfikowane, lub wymykają się tym klasyfikacjom.

    Polubienie

  10. Ewolucjonizm w religioznawstwie to nie tylko odnoszenie się do pewnych etapów rozwoju religii. To także wspomniany „rasizm interpretacyjny”. W XIX-XX wieku charakterystyczny dla interpretowania wierzeń kultur pierwotnych czy innych od kręgu kultury judeochrześcijańskiej. Współcześnie podobną postawę można dostrzec z jednej strony u Turbosłowian i z drugiej strony barykady u Germanofili czy Turbowikingów (czy jak ich zwać), których nie mała grupa kształtuje poglądy na historie kultury i wierzeń słowiańskich. Uważamy za równie charakterystyczne dla tej postawy opieranie się na interpretacjach, nierzadko z pominięciem źródeł, co w sumie także świadczy bądź o skrajnym egotyzmie (typu „wolę własne interpretacje o kulturach tradycyjnych od źródeł np. zawartych w kulturach tradycyjnych) lub wspomnianym (pewnie nieuświadomionym) rasizmie, który (w wyniku poczucia wyższości) polega na nakładaniu własnych wzorców kulturowych na interpretowanie innych kultur i religii.

    Sumując, dziękujemy za recenzję dokonaną z perspektywy językoznawczej, szanujemy poglądy autora recenzji, przy czym jednocześnie zwracamy uwagę (o czym wielokrotnie wskazujemy w książce), że dążenie do rekonstrukcji przedchrześcijańskich wierzeń Słowian powinno opierać się na drodze badań interdyscyplinarnych. Powyższa recenzja wskazuje w rezultacie właśnie na niedobory tego rodzaju podejścia, na brak perspektywy religioznawczej i etnograficznej.
    Dotyczy to w szczególności tych fragmentów w których autor recenzji preferuje interpretacje współczesnych językoznawców (dokonujących prób interpretacji martwych już języków) w miejsce badań religioznawczych i etnograficznych, prowadzonych na nadal żywych, posiadających starożytne korzenie, tradycjach.

    Jak dowodzimy w książce to właśnie złożenie analogii: struktury panteonu, symboliki sakralnej, mitów i podań oraz co najważniejsze obrzędowości czyli praktyk i rytuałów religijnych, wskazuje na wspólne korzenie dla takich tradycji jak wierzenia wedyjskie, „pelazgijskie”, scytyjskie, tradycji bon z wierzeniami Słowian. Przeprowadziliśmy studium religioznawczo-porównawcze, wybierając badania żywych tradycji nie interpretacje, interpretacji:)

    Polubienie

    1. do Paweł M.
      Jeżeli nie stać pana na rzetelne argumenty (przyjmując że czytał pan książkę w co wątpię), to pana wypowiedź, można jedynie sklasyfikować jako trollowski, szczeniacki bełkot, i takim też on pozostanie, o ile się pan nie odważy na rzetelne, merytoryczne argumenty.

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s