Demony domowe

Na długo, zanim nasi przodkowie przyjęli chrześcijaństwo, słowiańskich gospodarstw przed złem broniły duchy domowe. Pozostałości wiary w te opiekuńcze istoty przetrwały w wielu miejscach Słowiańszczyzny do dziś.

„…bardzo pożyteczny, gdy jest w zgodzie z człowiekiem. Lubi mieć co dzień na noc w ciemnym kącie pokoju dnem odwrócony spodek ze struclą i mlekiem. Siedzi cicho przeważnie, z nikim się nie czubi, kaftan sobie wyszywa paciorkami i złotem – a gdy szczęście chce uciec, jak to ono lubi, to je zaraz za uszy przyprowadza z powrotem” – tak o domowiku pisała przed laty polska poetka, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska. Postacie te pojawiały się wielokrotnie w literaturze, nie tylko polskiej. Niezapomniany obraz owych istot, utrwalony przez Marię Konopnickà w powieści „O sierotce Marysi i dwunastu krasnoludkach”, znamy chyba wszyscy… Z pewnością ten bajkowy wizerunek sympatycznych karzełków różnił od pierwotnego, który wcale nie przedstawiał się tak sielankowo.

Domowy, gospodarz, chatnik, chlewnik, kutnik czy ubożę – to tylko niektóre z nazw, jakimi obdarzano te na ogół przyjazne ludziom duchy. W przekonaniu ludności wsi w każdym domu powinien być „swój” domowy. Kto go nie miał, nie wiodło mu się. Pierwsi misjonarze spotykali się zapewne z wierzeniem, że niemal w każdej izbie jest domowy duch opiekuńczy. Trudno powiedzieć, co dokładnie zastali na terenach Polski, wiadomości na ten temat są bowiem skąpe. Pewne jednak wyobrażenie możemy sobie jednak wyrobić na podstawie słów biskupa Helmolda, który o Słowianach połabskich pisał, że powszechnie wierzą oni w „niebożęta” (łac. penates). Zachowały się także inne wzmianki kronikarzy i kaznodziejów o kultach domowych dawnych Słowian. Na przykład kronikarz czeski Kosmas informował o zabobonnej wierze swoich ziomków w bożki, duchy (penates), a z terenu Rusi pochodzą wczesne wzmianki o kulcie ducha nazywanego „kątnym bogiem” (od przebywania w kącie chałupy) oraz „choromożycielem” (tj. mieszkańcem choromu – domu). Także z terenu Polski informacje na ten temat płyną, począwszy od XV wieku. Są to już jednak czasy, kiedy chrześcijaństwo zdążyło zatrzeć niektóre formy pierwotnej religii i wywrzeć swój wpływ. „Są niektórzy – czytamy w jednym z anonimowych kazań piętnujących resztki bałwochwalstwa Polaków – co nie myją umyślnie misek po obiedzie w uroczysty Wielki Czwartek, aby nakarmić dusze i inne duchy, co się nazywają uboże, (…) [myśląc] że to, co zostawili, zjada wymienione uboże, które pielęgnują, bo jakoby przynosi szczęście”. O duchach tych mówi ponownie szerzej dopiero w 1612 roku dziełko „Officina Ferraria” Walentego Roździeńskiego: „Przedtym jacyć duchowie w kuźnicach bywali, Przychodzili więc radzi do kuźnic w soboty, W nocy, po wygaszeniu kuźniczej roboty. Ubożem je kuźnicy pospolicie zwali, Wiele o nich – za święte je mając – trzymali (…)”.

ladoga
Figurka demona ze Starej Ładogi

BOSO I W CZAPECZKACH

Jak przedchrześcijańscy Słowianie wyobrażali sobie duchy domowe? Zachowało się kilka wczesnych relacji na temat wyglądu tych postaci. „O ich urodzie powiadają – pisze Maciej Stryjkowski w kronice wydanej w 1582 roku – iż więcej na łokieć nie są wyższe wzrostem”. Z kolei wspomniany już Walenty Roździeński dał chyba najbardziej wyczerpującą z wczesnych charakterystyk tego rodzaju istot: mali jak dzieci, boso i w koszulkach, przynoszący gospodarzowi szczęście „tak w robocie ˝żelaznej, jak i w każdej innej sprawie”

Przeciętny wygląd domowego nie różnił się chyba od tego, jaki znamy z relacji XIX- i XX-wiecznych etnografów. Oto, jak pisał o nim Kazimierz Moszyński w „Kulturze ludowej Słowian”: „…ukazywał się czasem w postaci człowieka, zwykle (ale nie zawsze) małego wzrostu, z postaci bywa niekiedy podobny do zmarłego dziada czy ojca, a nawet do żywego gospodarza domu. Bardzo co prawda często słyszymy o jego kształtach kocich. Przeważnie zresztą jest on niewidzialny i niepostrzeżenie dla domowników przebywa bądź u pieca, bądź na strychu; chodzi też po zagrodzie, stajniach, oborach itd.” Przebywał on na ogół w domu lub bezpośrednio obok niego. W izbie pod progiem, obok pieca – domowego „widywano” w bardzo różnych miejscach. Wierzono również, że przebywa w chlewie, stajni czy oborze, na podwórzu lub okolicach granicy dworu. Mimo że najczęściej przybierał postać ludzką siwobrodego starca lub dowolnego lokatora domu, nie znaczy to, iż nie widywano go jako kota, psa, węa, szczura, konia, cielaka czy krowy. Domowy nie należał do „łatwych” współlokatorów. Mógł być dobry albo zły. Rozeźlony, potrafił dać się we znaki nie tylko mieszkańcom, ale również zwierzętom.

ZRÓB Z DOMOWIKA SWEGO POMOCNIKA

Żeby domowego pozyskać do współpracy i zachowywania się „grzecznie”, aby dobrze służył i nie złościł się, próbowano nakłonić go do tego różnymi metodami. Dobry domowik to najedzony domowik, więc starano się go dokarmiać, aby cały dom skorzystał z pracy nadprzyrodzonego opiekuna. Dostawało mu się domowej kaszy, miodu czy maku, mógł pić do woli to, co wylewano mu na próg albo zostawiano w misce itd. Z domowym należało żyć dobrze, dlatego trzeba było „układać się” z nim codziennie, aby nie pomyślał, że jest lekceważony. Na przykład chłopi białoruscy codziennie rano, otwierając drzwi do chlewu, modlili sie do niego, żeby ochraniał gospodarza od wszelkiego wroga i zła, a wieczorem, zamykając je, mówili: „Czuwaj, gospodarzu domowy, ochraniaj, nie dopuszczaj nikogo!”. Wychodząc na podwórze, błagano ducha w pokornych słowach, by polubił bydełko, a gospodarza obdarzał szczęściem. Czasami też na potwierdzenie tej „umowy” dostawał coć do zjedzenia, aby nieco przychylniej spojrzał na prośby śmiertelnika…

DOMOWY PRAWDĘ CI POWIE

Aby dowiedzieć się, co kogo czeka w przyszłości, najprościej było iść do wyroczni albo… zapytać domowego. Znanych jest sporo opisów wróżb z zachowania się tego ducha – niektóre z nich dotyczyły zamążpójścia czy losów mieszkańców domu. Na przykład, jeśli panna chciała się dowiedzieć, za kogo wyjść, udawała się do bani i pytała o to bannika, a on odpowiadał pociągnięciem za warkocz (trzeba było ustawić się tyłem do okna komory). Podobne wróżby odbywały się w Boże Narodzenie w niektórych rejonach Rosji: o świcie szło się z ofiarą do szopy, gdzie w okienku kładziono ser i nasłuchiwano – dzwoneczek wróżył zamążpójście albo żeniaczkę, a inny dźwięk – śmierć. Kiedy domowy płakał nocą w izbie, oznaczało to śmierć lub chorobę któregoś z domowników. Podobnie, jeśli nocą kogoś obsikał, była to niezawodna zapowiedź tego, że ten ktoś zachoruje albo umrze. Jeśli gospodarz zobaczył domowika wieczorem przed domem, należało zapytać: „Na dobre czy na złe?” Jak odpowiedział, że na złe, oznaczało to rychłą śmierć lub kłopoty dla kogoś z mieszkańców.

ZRÓBMY SOBIE DOMOWIKA

O tym, że ducha domowego można było po prosto „zamówić”, zrobić, wyhodować lub kupić na targu, wiedziano powszechnie jeszcze na początku XX wieku na wsiach. Według jednej z receptur należało chodzić z jajkiem pod pachą określoną liczbę dni, by niezawodnie wylągł się z niego duszek znoszący pieniądze właścicielowi do chaty. Spośród starszych „przepisów” na domowego trzeba wymienić i ten, zgodnie z którym trzeba figurkę ludzika wstawić pod piec, w pusty kąt, w kurniku albo w chlewie, by domowy „na pewno” w niej zamieszkał i patrzył, a patrząc, doglądał dobytku i pilnował, by nic złego mu się nie działo. O takim sposobie na domowika wspomina kronikarz Kosmas, pisząc, że jeszcze w jego czasach „niejeden modli się do głuchych idoli i niemych bożków, które sam zrobił, i prosi, aby dom jego i jego samego ochraniali”. Dziś możemy poznać wygląd niektórych takich „bożków”, odnalezionych na stanowiskach archeologicznych Wolina, Szczecina, Opola, Nowogrodu Wielkiego czy Starej Ładogi, a także odkrytych i opisanych „w terenie” przez etnografów na początku XX wieku. Wiadomo na przykład, że takie idole wisiały w wielu dworach środkowej Rosji, a także np. że wójt Novopacka w Czechach jeszcze w latach 20. XX wieku trzymał w domu głowę „skrzata” na szczęście.

Przechwytywanie
domowoj – pamiątka z Ukrainy

Z CHATY NA LADY

Współcześnie już mało kto wierzy w domowiki, chociaż są one bardzo popularnym motywem miejskiego folkloru u naszych wschodnich sąsiadów. Z wiejskiej chaty domowy trafił do sklepu z pamiątkami. Jako souvenir, można przywieść sobie taką kukiełkę i powiesić na ścianie lub ustawić na telewizorze. Białoruski damawik, damawy, zwykle dziad ze słomy, niski, z brodą i ubrany w łachmany; czy ukraiński domowik, domowyj – bardziej przypominający postaci z kreskówek to maskotka i bardzo popularna pamiątka z podróży. W Rosji 28 stycznia ustanowiono nawet tzw. Dniem Domowego. Domowe duchy przestały być jednak potrzebne, odkąd ich miejsce zajęli święci i patroni chrześcijańscy i aniołowie, a „puste kąty” – domowe ołtarzyki, ikony i święte obrazy.

 

Michał Łuczyński

źródło: Czwarty Wymiar 10/2009

 

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s